Menu

COACHA ZAPISKI, CZYLI WARSZTATY Z CODZIENNOŚCI

Agata Sosnowska, pisarka, szkoleniowiec, polonistka, studentka psychologii w Wyższej Szkole Finansów i Zarządzania w Warszawie. Prywatnie domatorka, zakochana w swojej rodzinie, wielbicielka książek i fanatyczka seriali. Uczy polskiego, pracuje nad thrillerem, pija kraftowe piwa, cuduje z daniami wegetariańskimi i robi wszystko, by życie jej i jej bliskich było pełne uśmiechu. Tu znajdziesz Agatowe rady, co czytać, co obejrzeć, ale i sporo refleksji nad życiem, gdzieś między jedną recenzją, a drugą. Zapraszam. Rozgość się u mnie.

BARKA WYNURZENIE, czyli najlepsza wizytówka warszawskiego lata

dobrycoach

W niedzielę zerwałam się z uczelni zaraz po wykładzie z psychopatologii. Któż chciałby zagłębiać się w statystykę, gdy na dworze plus trzydzieści, a dziecko domaga się rodzinnej niedzieli? Spacerując brzegiem Wisły, rozglądaliśmy się dyskretnie za miejscówką, w której Pola da nam na chwilę odsapnąć, my będziemy mogli coś zjeść, a może i wypić, bo w końcu każdy wie, że zimne piwko nad wodą, to nie grzech. Nie liczyliśmy na żadne krafty, serio. Zwykły, zimny koncerniak usatysfakcjonowałby nas w tamtym momencie, gdy nogi zaczęły już włazić w tyłki, a pot lał się po plecach. Idziemy więc i obserwujemy - jednym okiem dziecko, drugim nabrzeże, tętniące życiem, szczęściem i warszawską niedzielą. Tu nie, bo kuchni nie ma. Tu nie, bo jakieś podejrzane to jedzenie. Tu nie, bo żarcie jest, ale piwa brak. I nagle Kamil radośnie drze mi się do ucha: "Raduugaaaaa!!!", jakby właśnie rozpoczął walkę u boku dzikiego Ragnara i porywał się z włócznią na Anglosasów. Nie muszę chyba mówić, jak szybko zaczęło mi walić serducho. Raduga to jedna z moich ulubionych marek piwnych. Piwa Radugi są jak najlepsze książki. Wciągają w inny świat, zakręcają zmysły i podniebienia. Są ptasim mleczkiem dla każdego kraftomaniaka.

Patrzę, gdzie powędrował wskazujący palec zwycięskiego Wiikinga Kamila i widzę barkę. Przyznam, że przez wiele lat byłam do wszelkich barek uprzedzona. Kojarzyły mi się z panią Wiesią z dancingu, wujkiem Lolkiem z wąsem spoconym i hitami z Ciechocinka. O, głupia ja! Za dużo książek i czeskich filmów. Bo barka warszawska trzyma taki poziom, że kilkugwiazdkowe restauracje mogą się chować. Przekonaliśmy się o tym już w ubiegłym roku (gdy też zwiałam z wykładów, przypadek?). Barka "Wynurzenie" przyciąga mnie i nazwą (jest w niej jakaś moc, przyznajcie!) i wielkim napisem, informującym, że dostanę tu ulubione piwo. Śledźcie koniecznie na Facebooku!!!

Tak więc idziemy, balansując z wózkiem, dzieckiem i miliardem rzeczy, które każdemu rodzicowi trzylatka są potrzebne podczas spaceru. W brzuchu burczy i marzę, żeby usiąść. I żeby się nie zawieść, żeby ta niedziela nie została zepsuta przez słabe jedzenie, niemiłą obsługę, albo browar, który leżakował w wiadrze z mopem. Wkraczam na barkę i... momentalnie serducho zaczyna się cieszyć. Wita nas fantastyczna obsługa, ogromna, klimatycznie urządzona przestrzeń, wygodne kanapy z widokiem na Wisłę, hamaki i druga sala z barem i trzema kranami, z których płynie Raduga. Pola od razu mości się na kanapie, dając odpocząć trzyletnim nóżkom. Kamil przynosi zimne trunki, fantastycznie pozytywny brodacz z obsługi doradza nam, co zjeść. Bajka. Odpoczywam. Tak naprawdę odpoczywam. Z bananem na gębie. Decydujemy się na pulpeciki po indyjsku z frytkami. Sosy, balans dodatków plus moje ulubione warzywa, czyli rzodkiew i rzepa, warte są wydanych 24 złotych. Plusem jest to, że jedzenie dostajemy w tekturze, a widelce są drewniane, nie plastikowe. Wielki szacun za to! Jak na osobę, która przez rok nie jadła mięsa, wielki comeback w mięsne krainy najlepszy z możliwych. Dawno nie jadłam nic tak dobrego. 

Tak naprawdę każdy z nas ma frajdę. Starzy zalegają z piwem, Monia buja się w hamaku, Pola znajduje sobie przestrzeń do zabawy, robiąc sobie zjeżdżalnię z podjazdu dla wózków na schodach. Co jeszcze świetne - nikt nie patrzy krzywym okiem na plączącą się po sali dziewczynkę. Ba! Dzieciaki mają do dyspozycji pudło zabawek i... domek dla lalek. Niby nic, ale rodzice będą Was za to błogosławić po wsze czasy.

Ekipo z Barki Wynurzenie - jesteście niesamowici. Będę do Was wracać i polecać Was każdemu. Wszystko tu składa się w arcypozytywną całość. Klimat tworzycie jednak Wy - barmani, menedżerowie, kucharze, kelnerzy - jesteście marką tak autentyczną, że chce się przybić pionę, chce się wyciągnąć dobrą powieść i posiedzieć u Was nawet cały dzień. Dziękujemy!!!!

31968168_1946839638660470_7815170745759170560_n31950247_1946839898660444_2525021302067036160_n31950488_1946315262046241_5472788942224883712_n32116559_1946839288660505_1988486582927097856_n32080915_1946839135327187_1950898407837007872_n31948657_1946315018712932_8745993160708063232_n31960303_1946315485379552_953143664928882688_n31958791_1946839851993782_5374098414898249728_n31964157_1946839181993849_416732576422559744_n31946684_1946315048712929_3136767113377611776_n31522063_1946839738660460_890463543571251200_n31543741_1946839235327177_8305482889420603392_n31950211_1946839391993828_1973433796296441856_n31948823_1946839455327155_4021990414595653632_n32105400_1946839568660477_7465860690503270400_n

"Nora" Katarzyny Puzyńskiej - recenzja

dobrycoach

Powroty do Lipowa to dla mnie jedna z najprzyjemniejszych uczt czytelniczych. Śledzę profil Katarzyny Puzyńskiej na Facebooku, śledzę postępy nad kolejnymi powieściami. Świat wykreowany przez autorkę w fantastycznej pod każdym względem sadze, jest dla mnie, jak lato, na które czekasz cały rok, a gdy wreszcie nadejdzie, nie możesz przestań tańczyć z radości. Czekałam na „Norę” z tęskonotą za Danielem, Weroniką i Klementyną, jedną z najciekawszych postaci w polskiej literaturze. I gdy wreszcie przyszła, wciągnęła mnie od pierwszych stron, zagarnęła na wyłączność na dwa dni. Postawiła blokadę między mną a światem zewnętrznym, zakręciła mną i nie pozwoliła się odłożyć na półkę, póki nie wybrzmiały ostatnie zdania.

„Nora” to najlepsza powieść o Lipowie. Chylę czoła przed talentem pani Puzyńskiej. Z sagami bywa tak, że w pewnym momencie mogą stać się nudne, pomysły stają się kalkami innych pomysłów, trupy nie mają już skąd się brać, więc pojawia się ufo… Wiecie, o co mi chodzi, prawda? Można tu za przykład postawić słynnego pana Remigiusza M. Trochę się bałam, że z „Norą” będzie podobnie. Ileż trupów w końcu mogą pomieścić maleńkie miejscowości? I czy powieść na tym nie straci? Czy nadal będę jej wierzyć, myśleć, że tak faktycznie mogło się stać? Oj, bałam się. I już po pierwszych pięciu stronach wiedziałam, że lęk ten był całkowicie bezpodstawny.

Nowa powieść Puzyńskiej to majstersztyk. Najlepsza. Mamy naszych ulubionych (mniej lub bardziej) bohaterów. I historię, która wpływa na rzeczywistość. Trupy, które wyłażą z szaf, zjawy z przeszłości, niedokończone historie, szemrane interesy, mordercę, który bawi się Policją, bawi się mieszkańcami Lipowa i okolic, jak reżyser teatralny. Mamy tak nieoczekiwane zwroty akcji i tak przedziwną pajęczynę, splatającą wydarzenia sprzed lat z tym, co teraz, że szczęka opada. Czytałam „Norę” zachłannie i z bijącym szybko sercem. Kogo wybierze Daniel? Weronikę, czy Ewelinę? Czy Klementyna przełamie się i wyjdzie ze swojej twardej skorupy? Co widział chłopiec na rowerze pewnej nocy, wiele lat temu? Jakie tajemnice ma Weronika? Jejciu, kocham Lipowo i kocham bohaterów. Jak zawsze autorka serwuje nam najlepsze literackie kąski – fantazyjne mordy, które mogą nas wystraszyć, bo wiemy, że mogłoby do nich dojść naprawdę; błyskotliwe dialogi, wątki, które wciągają, mrok, niesamowitą dynamikę i rewelacyjnie nakreśloną psychologię bohaterów. Taką, jaką znam tylko z powieści Kinga. Nie ma tu postaci drugoplanowych, jakie zwykłam nazywać papierowymi. Nie ma ludzi bez twarzy. Każdy, nawet drugoplanowa Zośka, przedstawiony jest wnikliwie i wiarygodnie. W problemy bohaterów jesteśmy w stanie uwierzyć, utożsamić się z nimi. To ogromny walor powieści kryminalnych. I coś, co czyni je czymś więcej, niż zwykłymi czytadłami. Puzyńska jest najlepsza na polskim rynku w kategorii kryminałów. I proszę się z tym nie kłócić. Nie mogę się doczekać zlotu fanów i ogniska nad jeziorem Bachotek. Kocham Lipowo i jestem dumna, że ta drobnej postury kobieta tak mocno trzyma polski rynek prozy kryminalnej w garści. Czekam na kolejne odsłony Lipowa. Dopinguję bohaterom i kocham ich całym sercem. I życzę im oraz nam wszystkim, jeszcze więcej trupów. Bo w tym Puzyńska nie ma sobie równych.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję ukochanej Księgarni Tania Książka. Więcej nowości i bestsellerów znajdziecie na stronie Księgarni!

nora

 

GETTO WARSZAWSKIE W LITERATURZE I SZTUCE

dobrycoach

Getto warszawskie, utworzone jesienią 1940 roku było największym w całej Europie. Dziś, 19 kwietnia mija 75 rocznica wybuchu powstania w getcie. We mnie każdorazowo budzi ta data emocje. Przeczytałam o drugiej wojnie światowej setki książek. Widziałam mnóstwo filmów i seriali. Historię getta warszawskiego znam i interesuję się nią. Żonkile, którymi dziś przyozdabiamy swoje koszule i marynarki to ważny symbol – obrony godności, obrony praw człowieka i przede wszystkim naszej pamięci o bohaterach, którzy – mimo najgorszego z możliwych koszmarów – odważyli się pokazać niemieckiemu bandytyzmowi środkowy palec.

W świetle walki o jedyną, słuszną wersję historii, jaka ma miejsce w moim kraju, w świetle fake newsów, obraźliwych komentarzy, zachęcających do nienawiści video, pogłębiających podziały wśród moich rodaków, apeluję o to, by czerpać ze świadectw ludzi, którzy przeżyli wojnę w Polsce. Literatura i sztuka to ostoja naszej tożsamości. Stacje telewizyjne, dziennikarze od prawa do lewa, szukają jedynie okazji, by nas dzielić, dezinformować, skłócać ze sobą jeszcze bardziej. W ostatnich miesiącach wielu z nas dało się ponieść tym kreowanym przez media i polityków podziałom. Znajomi kłócili się ze sobą na Facebooku, z rodzicami przy stołach, ze współpracownikami. Za każdym razem zarzucając sobie ślepotę lub jednotunelowość myślenia. I podkreślając, że jest tylko jedna (obiektywna) prawda. Żydzi są dobrzy, Żydzi są źli, Polacy są dobrzy, Polacy są źli. Niemcy są dobrzy, Niemcy są źli. Celowo piszę, używając czasu teraźniejszego, bo przecież te podziały istnieją cały czas, tyle lat po wojnie. I – mam wrażenie – w tym wszystkim brakuje jednego: świadectw. Nie memów z pseudofaktami, albo ich wycinkiem, nie video zblazowanych Amerykanów, którzy z dumą mówią (pewnie nie wiedząc nawet, gdzie Polska jest na mapie świata): „polish death camps”. Nie kryjących się po lasach wyznawców Hitlera, nazywających się patriotami polskimi. Świadectw brakuje. Przecież, żeby dowiedzieć się, jak było, wystarczy sięgnąć do tego, co najbardziej uczciwe i szlachetne – do literatury, do sztuki.

Dlatego dziś, specjalnie dla Was, przygotowałam spis świadectw i źródeł, po które warto sięgnąć, by zrozumieć, czym było getto warszawskie, czym było powstanie w nim. Przygotowałam to, bo wierzę w moc słowa. A także dlatego, że tajemnicze trolle znowu dziś będą skłócać nas ze sobą w Sieci. Specjaliści od polityki, historii i socjologii będą znów mówić o tym, czy powstanie w getcie miało sens, czy było niepotrzebne. I w tym natłoku niepotrzebnych nikomu i do niczego dyskusji zapomnimy o jednym: ile warta jest ludzka godność. Ile warte jest prawo do życia i co ludzie są gotowi zrobić, by świat nie zapomniał o tym, że o te prawa trzeba walczyć do końca.

Zatem… Subiektywo-obiektywny spis ode mnie.

  1. Hanna Krall, „Zdążyć przed Panem Bogiem” – zapis rozmowy autorki z Markiem Edelmanem, kardiologiem i jednocześnie jednym z przywódców powstania w getcie. Jedno z najtragiczniejszych świadectw wojennych, jakie kiedykolwiek powstały. Nie znać tej książki, to grzech.
  2. Witold Bereś, Krzysztof Burnetko, „Marek Edelman. Życie. Do końca” – jedyna na rynku biografia Edelmana. Fascynujący, przerażający i do największego bólu prawdziwy obraz codziennego bohaterstwa najbardziej zapomnianych przez świat ludzi, których zepchnięto do piekieł. Obowiązkowa literatura dla osób zainteresowanych drugą wojną w Warszawie oraz powstaniem w getcie.
  3. Czesław Miłosz, „Campo di Fiori”, napisany w Wielkanoc 1943 roku wiersz, który po prostu przytoczę. Jakkolwiek bym nie interpretowała, moje słowa okażą się przy mocy tego wiersza zbyt płytkie…

W Rzymie na Campo di Fiori

Kosze oliwek i cytryn,

Bruk opryskany winem

I odłamkami kwiatów.

Różowe owoce morza

Sypią na stoły przekupnie,

Naręcza ciemnych winogron

Padają na puch brzoskwini.

 

Tu na tym właśnie placu

Spalono Giordana Bruna,

Kat płomień stosu zażegnął

W kole ciekawej gawiedzi.

A ledwo płomień przygasnął,

Znów pełne były tawerny,

Kosze oliwek i cytryn

Nieśli przekupnie na głowach.

 

Wspomniałem Campo di Fiori

W Warszawie przy karuzeli,

W pogodny wieczór wiosenny,

Przy dźwiękach skocznej muzyki.

Salwy za murem getta

Głuszyła skoczna melodia

I wzlatywały pary

Wysoko w pogodne niebo.

 

Czasem wiatr z domów płonących

Przynosił czarne latawce,

Łapali skrawki w powietrzu

Jadący na karuzeli.

Rozwiewał suknie dziewczynom

Ten wiatr od domów płonących,

Śmiały się tłumy wesołe

W czas pięknej warszawskiej niedzieli.

 

Morał ktoś może wyczyta,

Że lud warszawski czy rzymski

Handluje, bawi się, kocha

Mijając męczeńskie stosy.

Inny ktoś morał wyczyta

O rzeczy ludzkich mijaniu,

O zapomnieniu, co rośnie,

Nim jeszcze płomień przygasnął.

 

Ja jednak wtedy myślałem

O samotności ginących.

O tym, że kiedy Giordano

Wstępował na rusztowanie,

Nie znalazł w ludzkim języku

Ani jednego wyrazu,

Aby nim ludzkość pożegnać,

Tę ludzkość, która zostaje.

 

Już biegli wychylać wino,

Sprzedawać białe rozgwiazdy,

Kosze oliwek i cytryn

Nieśli w wesołym gwarze.

I był już od nich odległy,

Jakby minęły wieki,

A oni chwilę czekali

Na jego odlot w pożarze.

 

I ci ginący, samotni,

Już zapomniani od świata,

Język nasz stał się im obcy

Jak język dawnej planety.

Aż wszystko będzie legendą

I wtedy po wielu latach

Na nowym Campo di Fiori

Bunt wznieci słowo poety.

  1. Magdalena Kicińska, „Pani Stefa” – reportaż o życiu prawej ręki Janusza Korczaka, Stefanii Wilczyńskiej, kobiecie, która była w stanie poświęcić wszystko, by dzieci pozostające pod jej opieką przeżyły.
  2. Wywiad z Ireną Sendlerową, opublikowany 15 maja 2013 roku na YouTube: https://www.youtube.com/watch?v=g5kAQrqIWkM
  3. George Szlachetko, Danuta Szlachetko, „Wira z Powstania” – wspomnienia Danuty Szlachetko. Wojenna Warszawa, powstanie w getcie, Powstanie Warszawskie. Wszystko odtworzone przez kobietę, którą wojna zastała, jako dziecko i która podczas pięciu krwawych lat stała się bohaterką, wojowniczką. Trudny, tragiczny obraz życia w okupowanej Warszawie. I świadectwo odwagi powstańców – i z tych z getta i tych, którzy wyszli potem na ulice miasta o godzinie „W”.
  4. „Czas honoru” – najlepszy polskie serial i jeden z najlepszych seriali o drugiej wojnie, jaki widziałam. Nie jest on poświęcony tematyce getta, ale pokazuje życie w okupowanej Warszawie i tragiczne losy Polaków i Żydów. Bardzo polecam.
  5. „Wojenne dziewczyny” – zaraz po „Czasie honoru”, należy sięgnąć po tę historię. Trzy dziewczyny, które swoją odwagą przewyższają wszystkich bohaterów Marvella razem wziętych. W pierwszym sezonie możemy zobaczyć, jak wyglądało życie w getcie warszawskim. Serial bardzo mocno akcentuje na sprawy prześladowań Żydów w Warszawie, jedna z głównych bohaterek jest Żydówką.
  6. Władysław Szpilman, „Pianista. Warszawskie wspomnienia 1939 – 1945” – autobiografia słynnego pianisty i kompozytora. Światowy bestseller w dziedzinie literatury wojennej. Książka przetłumaczona na 38 języków. Na jej podstawie w 2002 roku powstał film „Pianista” z Adrienem Brody’m w roli Szpilmana. Lektura, którą trzeba znać. Dodam tylko, że Szpilman miał przez kilkadziesiąt lat problemy z jej wydaniem, ponieważ wizja dobrego, pomocnego Niemca nie wpisywała się w założenia cenzury komunistycznej w Polsce.

Tyle od mnie. Czytajmy, oglądajmy. Wyjdźmy ze świata Facebooka. I pamiętajmy o tym, że każdy z nas jest wart dokładnie tyle samo. A bohaterom należy się szacunek. Tym zwykłym ludziom, którzy byli dokładnie tacy sami, jak Ty i ja, a którzy musieli – z dnia na dzień – zacząć walczyć – już nie tyle o życie, co o to, by świat nie zapomniał, że godność ludzka jest najważniejszą wartością i że trzeba jej bronić.

Zdj. Mieszkańcy na ulicy Leszno (źródło: wnp.pl)

ge

Ale od Musierowicz to Ty się odwal!

dobrycoach

Choróbsko położyło mnie na całego. Zwykle nie jest to czas, gdy mam siłę czytać. Jeśli już, to coś lekkiego, przyjemnego. Najchętniej wracam wówczas do serii o Avonlea, Harry'ego Pottera lub Musierowicz, czyli książek, które znam na wyrywki i które sprawiają, że choruje mi się mniej boleśnie. Tym razem pod ręką miałam "Jeżycjadę". Prawdopodobnie najlepszą polską sagę literacką i jedną z najlepszych serii książkowych dla dziewczyn (choć miałam kiedyś w gronie swych amanatów chłopca, który zaczytywał się w Musierowicz, że ho ho). Mam do "Jeżycjady" stosunek bardzo osobisty. Pamiętam, gdy czytałam "Szóstą klepkę", zazdrościłam Cesi i Julce domu. Przede wszystkim zazdrościłam im tego, że zawsze mogą liczyć na swoją mamę. Że kobiety w Jeżycjadzie są niesamowicie silne, mają jaja większe, niż Strażnik Teksasu, a serca pojemne, jak Titanic. Ja nie bardzo pamiętam moją mamę. Umarła tragicznie, za wcześnie (była tylko trzy lata starsza ode mnie). Nie bardzo też chcę pamiętać moje dzieciństwo i młodość, ponieważ były tragiczne, smutne i z pewnością nie takie, na jakie zasłużyło jakiekolwiek dziecko na świecie. Bez skarżenia się i po przebytej terapii, mogę o tym mówić otwarcie. Co w tym wszystkim robi "Jeżycjada"? Gdy, jako może dwunastoletnia dziewczynka, zorientowałam się, że moje życie nie wygląda, jak życie innych dzieci, postanowiłam sama zadbać o budowanie własnego szczęścia. W tym celu moim najlepszym miejscem na Ziemi uczyniłam miejską bibliotekę. Spędzałam w niej godziny, gawędząc z paniami bibliotekarkami, niczym dorosła, choć miałam może z metr czterdzieści trzy. Czytałam po trzy, cztery książki dziennie, przenosząc się w inny świat, zapominając o własnych dramatach. Byłam dzielną, małą Agatką, która potrzebowała przytulenia, miłości i bezpieczeństwa i która znalazła je w książkach. "Jeżycjada" była jedną z najważniejszych serii, które pozwoliły mi nie zwariować, nie uciec z domu i nie popaść w problemy z prawem. Wszystko w powieściach Musierowicz jest takie normalne, a normalność jest autentyczna i - co za tym idzie - dobra. Mamy kochające się rodziny, w których mąż i żona są dla siebie wsparciem. Mamy dzieciaki i nastolatki, które mają swoje bunty, ale na bliskich mogą liczyć zawsze. Mamy międzypokoleniowe wsparcie i więź. Jest zapach piernika z kuchni, są wspólne tradycje. Nie ma tematów tabu. Na rodzinę zawsze można liczyć, nawet jeśli rady jej poszczególnych członków bywają absurdalne, śmieszne, czy fatalne. Bo rodzina jest wszystkim. "Jeżycjada" to saga fenomenalna - śmieszna tak, jak obecnie bywa chyba jedynie Jakub Wędrowycz (czyli śmiejesz się na całego). - Czy pan jest Muminkiem? - zapyta lekarza Bobik w "Szóstej klepce". - Bo mówi pan zupełnie, jak Topik i Topcia (lekarz seplenił). To saga, będąca pochwałą wartości takich, jak nauka, lojalność wobec bliskich (także tych niespokrewnionych), życie w zgodzie ze sobą. To saga mówiąca o walce z własnymi słabościami, z nastoletnimi lękami (wskażcie mi dziewczynę, która, będąc nastolatką, nie miała depresyjnych myśli, związanych ze swoim ciałem, a powiem Wam, że kłamiecie!). Saga, będąca pochwałą dialogu i prawdy - tylko rozmowa, tylko szczerość i gotowość do kompromisów, gotowość do aktywnego wysłuchania drugiej strony potrafią każdy problem rozwiązać. I wreszcie, to saga o świecie, który nie jest już modny, nie jest już aktualny. Ale który warto znać, przenieść się w ten cudowny świat retro, usiąść na chwilę w domu pod wieżyczką i popodglądać codzienne rytuały mieszkańców epoki, która była paskudna, szara i bardzo biedna, ale która fascynuje.

Jakimś cudem trafiłam ze trzy dni temu na odgrzewanego kotleta w postaci felietonu niejakiej pani Elizy Szybowicz na stronie "Krytyki Politycznej" (bardzo nierównego jakościowo, swoją drogą, portalu). Felieton "Była fanka czyta Musierowicz" przyciągnął mnie tytułem, choć nie spodziewałam się na KP ani zdrowego rozsądku wobec "Jeżycjady", ani sympatii do autorki i bohaterów sagi. Nie spodziewałam się natomiast takiego jadu. Pani Szybowicz przeszkadza to, że Borejkowie obchodzą święta katolickie (fuuu!), a dla bohaterek ważny jest cudowny mąż i wspaniałe dzieci (jeszcze bardziej fuuu!!!). Że niby "Jeżycjada" jest snobistyczna (bo bohaterowie wciąż czytają, często po łacinie?), że Łucja kokietuje od najmłodszych lat, że Laura chce wyjść wcześnie za mąż, a Gabi jest opisana, że wygląda, jak zaniedbany chłopak. Nie wiem, na ile snobistyczne jest czytanie, zdaniem autorki felietonu, jednak w wielu domach to czynność tak normalna, jak oglądanie TV, a nawet normalniejsza. Nie wiem, co złego w kokietowaniu, chęci wyjścia za mąż, czy stwierdzeniu, że ktoś wygląda, jak zaniedbany chłopak. Autorka ma do tego prawo święte, by pisać, jak sobie chce. Pani Szybowicz na siłę doszukuje się w "Jeżycjadzie" wszystkiego, co złe. Wymaga od cyklu, który pozostaje niezmieniony w swym stylu i ideologii od 1975 roku (i to właśnie czyni go wyjątkowym i niepowtarzalnym reliktem literatury młodzieżowej!), aby dostosował się do tego, co - zdaniem pani Szybowicz - aktualne. A zatem (takie mam wrażenie) - powinna pani Musierowicz opisać przynajmniej jedno małżeństwo homoseksualne, dziecko, które jest transem, mężczyznę, który zajmuje się domem, podczas, gdy żona ratuje dzieci w RPA, niczym Dominika Kulczyk. Współczesna Gabi powinna angażować się politycznie, agitować pod Sejmem i dokonać co najmniej dwóch aborcji. Mama Raczek powinna być ofiarą przemocy domowej, dokonywanej przez męża, który co niedzielę chadza do kościoła. Przecież to jest jakiś absurd! Wolność literatury polega właśnie na tym, że autor pisze tak, jak chce. Oczywiście, wolność słowa polega na tym, że możemy to krytykować, jak sobie chcemy. Ale chyba jakiś zdrowy rozsądek by się przydał, co? Dopatrywanie się w prawdopodobnie jedynym polskim cyklu literackim, który mówi o tak niemodnych wartościach, jak miłość, wierność, podążanie za marzeniami, lojalność wobec bliskich, ale i pokora, zła i snobizmu, to grube nadużycie. Bo snobizm to my mamy w modnych knajpach na Zbawicielu, gdzie takie panie, jak Szybowicz, nieustannie debatują nad patriarchalnym zniewoleniem Polek, a żadna tyłka nie ruszy, by dorzucić się do węgla w Domu Samotnej Matki na Białołęce (robimy to my, internauci), czy zapłacić za wycieczkę klasową tych dzieci, które nie pojadą, bo dwie stówy dla samotnego rodzica to za dużo. Snobizm to my mamy na placu zabaw, gdzie idealnie ubrana w len i słomę matka na rowerze strofuje trzylatkę, która podbiega do mnie, aby poczęstować się chrupkiem Flips, a potem - o cztery tony za głośno - opowiada dziecku o wartościach odżywczych chipsów z jarmużu. To jest snobizm. Nie dostrzegam go u żadnego z bohaterów "Jeżycjady". Dostrzegam za to takie fakty, jak wpuszczanie do domu potrzebujących, pomoc ludziom z depresją, ludziom samotnym, ludziom biednym, dostrzegam lojalnych partnerów, lojalne partnerki, wspierane przez rodziców dzieciaki, które mają szanse wyrosnąć na mądrych i dobrych ludzi. Dostrzegam damsko - męską grę w przekomarzanie, która, jak świat stary, wciąż mnie bawi. Nie mam pojęcia, co jest w tym złego. I co zadziało się w świecie, że tak elementarne wartości, wspierające prawa człowieka i współgrające z szacunkiem do człowieka, tak bardzo dziś kłują w oczy. Za mało krwi? Za mało rzezi, maltretowania, smutku i zła? To proszę nie czytać. I zostawić Musierowicz w spokoju. Nie wymagać, by nagle Kopernik stał się kobietą i dać prawo innym czerpać radość, jaką niesie lektura "Jeżycjady".

jezyce

"Marzyciel" Laini Taylor, recenzja.

dobrycoach

Troszkę czekaliście na tę recenzję. W święta wybrałam czas z rodziną, zamiast blogowania. Po świętach miałam kolokwium ze statystyki (100% poprawnych odpowiedzi, brawo ja), a od kilku dni choruję tak, jak nie chorowałam od przynajmniej roku. Siadłam dziś do bloga, bo dostaję od Was prośby o wpis. Od czasu, gdy założyłam "Coacha zapiski" zmieniło się wiele. Mam swoich czytelników, ludzi, którzy do mnie piszą, czekają. Zatem choroba, nie choroba, gorączka, nie gorączka, czas na wpis.

"Marzyciel" nie jest to książka, jakie czytuję na co dzień (wiecie, że kocham rzeź i psychopatów). Porównując styl autorki, do innych pisarzy, widzę spore podobieństwo do Brandona Sandersona oraz Ursuli Le Guin i jej cyklu o Ziemiomorzu. Wiem, że kilku moich znajomych odkryło wiele podobieństw do "Baśnioboru", natomiast ja tej serii nie znam i raczej informacyjnie o tym piszę. Lazlo, główny bohater, od dzieciństwa ma jedno marzenie - Szloch - tajemnicze, zaginione miasto. Jego życie, zawsze skromne, pozostające w cieniu innych, barwniejszych postaci, zmienia się nagle (nie zdradzę szczegółów), a sam Lazlo stanie oko w oko z przygodami, jakich zazdrościć mu może każdy bibliofil. Ja zazdrościłam!

To powieść przypominająca podążanie borgesowskim labiryntem, albo korytarzami biblioteki mnisiej w "Imieniu róży". Zakurzone księgi, kryjące tajemnice Wszechświata, nie zawsze pragnące odkrycia, magia, zjawy, dobro i zło, niesamowite sny i wydarzenia, przypominające pudełka z niespodziankami - to wszystko sprawiło, że zatraciłam się w "Marzycielu", jakbym znów była nastolatką. Bo jest to powieść dla ludzi o szczególnym stopniu wrażliwości - nastolatków. A także dla tych, którzy przekraczając magiczną trzydziestkę, nie zatracili miłości do fantastyki. "Marzyciel" spodoba się nerdom, fanom przygód, książek i gier. Powieść przyjemna, przypominająca dźwięki celtyckiej muzyki, budząca odległe wspomnienia o czytanych w dzieciństwie baśniach. 

Idealna propozycja dla chorych marud (jak ja!), na sobotnie popołudnie na kocu, gdzieś poza miastem, do pociągu, na leżak, hamak. "Marzyciel" to bilet wielokrotnego użytku, który stanie się dla Ciebie przepustką do wielu fantastycznych miejsc. A jeśli pragniesz dla siebie chwili spokoju, kup ją dla swojego dziecka. To "Neverending story" we współczesnej odsłonie. Nie czekaj i zamów!

Za egzemplarz recenzencki dziękuję ukochanej Księgarni Tania Książka. A więcej nowości i bestsellerów znajdziecie na stronie Księgarni. Lepiej się spieszcie, póki rabaty i promocje wiosenne czekają!

marzyciel

© COACHA ZAPISKI, CZYLI WARSZTATY Z CODZIENNOŚCI
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci