Menu

COACHA ZAPISKI, CZYLI WARSZTATY Z CODZIENNOŚCI

Agata Sosnowska, pisarka, szkoleniowiec, polonistka, studentka psychologii w Wyższej Szkole Finansów i Zarządzania w Warszawie. Prywatnie domatorka, zakochana w swojej rodzinie, wielbicielka książek i fanatyczka seriali. Uczy polskiego, pracuje nad thrillerem, pija kraftowe piwa, cuduje z daniami wegetariańskimi i robi wszystko, by życie jej i jej bliskich było pełne uśmiechu. Tu znajdziesz Agatowe rady, co czytać, co obejrzeć, ale i sporo refleksji nad życiem, gdzieś między jedną recenzją, a drugą. Zapraszam. Rozgość się u mnie.

"A ja żem jej powiedziała" K. Nosowska, recenzja

dobrycoach

Nosowską kocham od czasów podstawówki. Przeżyła ze mną moją durną młodość, pierwsze życiowe zawody, towarzyszyła mi w samotności i w miłości. Jej wykonaniem "Angeline" do dziś zachwycamy się z Kamilem. Pamiętam, jak kiedyś śledziłam Nosowską w Galerii Sadyba. Miałam jakieś 19 lat, czyli byłam na pierwszym roku studiów. Stała w H&Mie z synem. Chowałam się za wieszakami, bo wstydziłam się podejść i powiedzieć, że ją kocham. W końcu mnie dojrzała. Jej oczy rzucały gromy. Do dziś pamiętam, jak się zawstydziłam. Z resztą, kto mnie zna, wie, jak komicznie musiała wyglądać moja próba ukrycia się za wieszakami, choć ważyłam wtedy 56 kilo, a nie 107. Miłość do Kasi nie umarła nigdy. Kochałam ją samą, w duecie, w każdej dawce. I przyznam, że czekałam na książkę jakieś 20 lat. Serio.

"A ja żem jej powiedziała" to podręcznik życia dla każdej z nas, niezależnie od wieku, wagi i wyznania. Jeśli miałybyśmy mieć na półce tylko dwie książki, to - oprócz Amy Schumer - powinna to być Kaśka. Cudowna, zmuszająca do spojrzenia na siebie z dystansem, ale i z największą miłością. Pełna harmonii, spokoju, mądra. Wciągająca nas w bycie kobietą bez propagandy konieczności walki ze sobą (bo przecież jedynie tym emanują dzisiejsze kołczinie!). To mi się chyba podobało najbardziej. Motto, żeby kochać siebie tak zwyczajnie, ale z pasją. Żeby dać sobie szansę na codzienne szczęście. Jak bardzo nie ma czegoś takiego na rynku! Są blond wypacykowane panie w szpilach, które spod doklejanych rzęs wmawiają nam, że jesteśmy mniej szczęśliwe i silne, niż naprawdę jesteśmy, namawiając nas na kupno ich szkoleń, książek i sesji. Żerując na nas i manipulując nami. Kasia pokazuje nam, że można inaczej. Że można po ludzku siebie zaakceptować, pokochać za wszystko. Nie boksować się z życiem. Stworzyła poradnik pełen miłości do świata, zrozumienia ludzi, ale i podręcznik z pazurem napisany, w którym nie ma miejsca na snucie ugładzonych porad. Kaśka więc daje nam znać, z jakimi ludźmi się nie trzymać, a z jakimi tak. Mówi o życiu gwiazd, mówi o swoim życiu, dzieciństwie, młodości, mówi o Bogu. Stworzyła doskonały poradnik, który warto mieć i warto do niego wracać. Z humorem i miłością do człowieka. Polecam.

A za egzemplarz recenzencki, jak zawsze, dziękuję Taniej Książce. Więcej bestsellerów znajdziecie na stronie Księgarni!

noso

"Żmijowisko" Wojciecha Chmielarza, recenzja

dobrycoach

"Żmijowisko" to moje pierwsze spotkanie z Chmielarzem. Nie wiedziałam, czego mam się spodziewać. Sięgnęłam po tę powieść przede wszystkim ze względu na to, że lubię wiedzieć, co dzieje się na rynku. W końcu sama pracuję nad powieścią nurtu thriller. Miałam różne spotkania z polskimi autorami. Wyrasta ich w kraju nad Wisłą mnóstwo. Są tacy, których uwielbiam czytać i są tacy, z którymi jakoś mi nie po drodze. I przysięgam Wam, że do czasu lektury Chmielarza byłam pewna, że Polska ma jedynego króla w obszarze powieści z dreszczykiem, a w zasadzie królową i jest nią Kasia Puzyńska."Żmijowisko" zmieniło wszystko. Panie Chmielarz, pozamiatał Pan i nie wiem, czy cokolwiek Pana w tym roku przebije.

Wciągnęłam się od pierwszych stron. Bohaterowie - lustro mojego pokolenia. Dzieciaci, żonaci, utytłani codziennością, ale i lubiący poszaleć. Może nie na Lazurowym Wybrzeżu, bo nie każdego z nich stać na taki luksus. Ale kawałek działki wystarczy. Trawa, na której dzieciaki mogą szaleć. Leżaki i zimne piwo. Czytając, czułam, jak coś mnie w żołądku ściska z całą mocą. Wiele razy przerabiałam w swoim życiu wyjazdy z tak zwanymi przyjaciółmi fasadowymi. Każdy z nas kogoś takiego zna i ma. Taki przyjaciel, który kiedyś był kimś ważnym, ale dziś się drogi rozeszły i męczącą gadkę-szmatkę trzeba doprawiać procentami. Praca, kredyty, dobre rady, złe rady, obmawianie innych. Z drugiej strony bohaterom współczułam, bo mi jakoś udało się rozluźnić relację do etapu comiesięcznego lajka pod postem na Facebooku. Zostali tylko ci najbliżsi, przy których nie trzeba udawać i chować siebie za maską. Poza tym niektórzy z bohaterów strasznie mnie irytowali. Samotna, podpita rozwódka, szukająca w oczach mężów koleżanek potwierdzenia, że jej atrakcyjność jeszcze kusi. Zahukana matka z dwójką dzieci i ojciec, który niekoniecznie ma ochotę z tymi dziećmi się bawić i rozmawiać, bo wolałby odpocząć i się napić. Zblazowany człowiek sukcesu. Taki, wiecie, co każdemu dobrze doradzi, nie ukrywając poczucia wyższości. Znam takiego i ja. Niejednego. No i całe to towarzystwo wyjeżdża sobie na wakacje do Żmijowiska. Odgrzewać kotlety dawnych uczuć i utrzymać ułudę relacji ziomalskiej, której na co dzień nie ma. Jest i pani z telewizji. Jedyna postać, którą naprawdę polubiłam. I jest młodzież. Nieciekawa młodzież. Bardzo nieciekawa. Wątek trochę, jak z "Głosu nocy" Koontza. Jest nastoletnia femme fatale i jest jej marionetka, chłopak, który za seks zrobiłby wszystko. Ta młodzież jest trochę w tle. Trochę żyje swoimi sprawami, trochę marzeniami. Nikt jej nie dostrzega, nikt nie docenia. Tymczasem w młodych głowach rodzą się chore pomysły na spędzanie czasu. Chęć kuszenia losu.

Los kuszą w "Żmijowisku" wszyscy. I przyjdzie się im rozliczyć z tego, co zrobili, gdy zaginie córka bohaterów. Rok po zaginięciu zmieni wszystko w życiu ludzi, którzy spotkali się na zwykły kilkudniowy chillout. Autor po kolei zacznie odkrywać brudne karty, na których widnieją żądze, chęć manipulacji i ogromna samotność. Nasyci nas wątkami po same uszy. A zakończenie? Wgniata w kanapę. Chmielarz stworzył genialną powieść, w której mamy i grozę i folklor i fatalny obraz polskiej rodziny. Przyznam, że ostatnią stronę przeczytałam pięć razy. Tak bardzo nie mogłam uwierzyć w zakończenie i tak bardzo mi się podobało.

Polecam, a za egzemplarz recenzencki dziękuję Taniej Książce. Więcej bestsellerów znajdziecie na stronie Księgarni! 

chmiel

 

OUTSIDER, S. King - recenzja

dobrycoach

Od razu mówię - nie spodziewajcie się tutaj grozy, Drogie Dzieci. "Outsider" to powieść, stanowiąca wielki hołd wobec mitów amerykańskiej popkultury. I jeśli tak ją potraktujecie, będziecie zadowoleni. Mamy więc na początek coś, co lubię najbardziej, czyli amerykańskie miasteczko. Takie wiecie, z ładnymi trawnikami, dziećmi na rowerkach, paniami w pulowerkach, lokalną burgerownią i stadionem, na którym co weekend zbiera się cała społeczność. Jakaś część mnie zawsze już będzie marzyć o życiu w takim miasteczku. Bo ta bardziej racjonalna Agatka wie, że w takiej społeczności zawsze jest jakiś brud za piękną fasadą. Morderca, demon, sekta. Znamy to z filmów i książek, prawda?

Jest i u Kinga. Oto Terry. Lokalna osobowość najwyższego zaufania społecznego. Trener młodzieży, aktywny uczestnik klubu książki, wuefista. Szanowany, lubiany. Doskonały ojciec i kochający mąż. Aż do czasu, gdy okazuje się, że zamordował brutalnie czternastolatka. Zamordował i zgwałcił. Wszystkie ślady wskazują na niego. W końcu widziało go aż czworo świadków. Stał w zakrwawionej koszuli. Dziwnie się zachowywał. Rozmawiał ze swoją ofiarą. Terry zostaje aresztowany na oczach całego miasteczka - podczas meczu, na którym pełni swoją stałą rolę trenera. Na oczach żony i córek. I tu fasada miasteczka rozsypuje się, jak tu u Kinga bywa. Nieważne, że są świadkowie (a nawet nagrania), którzy widzieli trenera w zupełnie innym mieście. Czy człowiek może przebywać w dwóch czasoprzestrzeniach jednocześnie? I kto mówi prawdę? Nauczyciele poświadczający, że Terry był z nimi na wycieczce i spał z jednym z nich we wspólnym apartamencie, czy lokalni mieszkańcy? Zanim prawda wyjdzie na jaw, dużo złego stanie się w miasteczku. Ja zdołałam większość przewidzieć, ale tym się nie sugerujcie, jestem książkowym nerdem i sporo wiem na temat motywów grozy w literaturze.

Bo mamy w "Outsiderze" motyw tajemniczego mężczyzny o twarzy z plasteliny. Wampira, który żywi się ludzkim strachem. Mamy meksykańską mitologię i przegląd kultury wampiryzmu. Mamy też boskie luchadore. I wreszcie mamy ją. Moją najukochańszą Holly. "Ousider" dzieje się już po śmierci Billa. Holly prowadzi sama agencję detektywistyczną, pracą lecząc samotność, traumy i tęsknotę za ukochanym. Zostaje polecona, jako była współpracownica Hodgesa, aby wyjaśnić sprawę tajemniczego morderstwa i niewinności (lub winy) Terry'ego. I to właśnie Holly staje się karabinem maszynowym powieści. Nadaje ton wydarzeniom. Jej samotność i traumy stają się największą siłą w walce z tajemniczym Outsiderem. Jest genialna. Z resztą, przeczytajcie sami ;)

"Outsider" to czytadło, które spodoba się głównie fanom Kinga. Jest tu kryminał, mrok, śledztwo, są wierzenia ludowe. Idealny odpoczynek gwarantowany! Polecam. A za egzemplarz recenzencki dziękuję Księgarni Tania Książka. Więcej bestsellerów znajdziecie na stronie Księgarni!

king123

Krótki esej o złości

dobrycoach

 

 

            Teoretycy nie są zgodni, czy złość należy do emocji podstawowych, czy też pochodzi z ogólnego stanu dyskomfortu. Niezależnie od tego, jaka jest prawda, złość pełni bardzo ważne funkcje przystosowawcze. To ona odpowiada za regulację, ale i organizację wszelkich procesów fizjologicznych i psychicznych, które związane są z samoobroną, dominacją i kontrolowaniem zachowań społecznych. Oatley i Jenkins podkreślają, iż złość daje nam gotowe recepty na działanie, ponieważ posiadamy ograniczone zasoby poznawcze oraz ograniczone zdolności do przetwarzania informacji[1]. Złość wiele mówi o tym, jakie dana osoba ma relacje z otaczającym ją środowiskiem. To ona odpowiada za regulacje zachowań interpersonalnych człowieka.

            Niestety, wciąż pozostaje emocją zaliczaną do tzw. negatywnych (mimo, iż nowoczesne teorie psychologiczne mówią, że nie ma czegoś takiego, jak negatywne i pozytywne emocje, ponieważ każda z nich mówi coś ważnego na temat człowieka i jego relacji ze światem). Od wczesnego dzieciństwa następuje socjalizacja okazywania złości. Dzieci zachęca się do tego, by tę złość tłumiły, wyciszały, albo zapominały o niej (co robią rodzice, np. odwracając uwagę dziecka od złości komunikatem: „Jak przestaniesz krzyczeć, to kupię ci lizaka”). Konstruktywne okazywanie złości ma wiele dobrych skutków. Słabe umiejętności jej regulowania mają wiele negatywnych konsekwencji. Mogą nawet prowadzić do psychopatologii[2].

            Za złością zawsze stoi coś ważnego – komunikat, którego odczytanie pozwala na lepsze relacje zarówno ze sobą, jak i ze światem otaczającym. Za złością stoją inne emocje, jak odrzucenie, wstyd, poczucie zagrożenia, frustracja, smutek, czy zażenowanie. Wystarczy zobaczyć, jak zachowują się dzieci, które rodziców widują jedynie w weekendy. Opowieści niań o grzecznych maluchach, które nagle dostają szału przy rodzicach, zdają się potwierdzać, że złość to ujście z dziecka innych emocji, jak na przykład żalu za wiecznie zapracowanym tatą, czy mamą, którzy nie mają czasu na nic, a dziecku ten czas wydzielają jedynie w wolne weekendy. Złość pojawia się już około 7 miesiąca życia dziecka. E.A. Lemerise i K.A. Dodge w artykule „Rozwój złości i wrogich interakcji” piszą, iż u matek z depresją występuje więcej rozzłoszczonych i smutnych wyrazów twarzy u dzieci, niż u matek zdrowych, co pokazało badanie Pickens i Field, przeprowadzone na trzymiesięcznych dzieciach[3]. Ekspresja matek niedepresycjnych okazała się mniej negatywna.

            Pozostaje kwestią sporną, czy u niemowlaków złość jest emocją, czy ogólną reakcją dyskomfortu. Stosuje się do badania złości Maksymalnie Dyskryminacyjny System Kodowania Ruchów Mięśni Twarzy oraz System Identyfikowania Ekspresji Afektu przez Oceny Całościowe (tzw. AFFEX)[4]. Badanie Izarda na dzieciach w przedziale 2,5-9,5 miesiąca (badanie podłużne) za pomocą MAX i AFFEX wykazało niewielkie zmiany u dzieci w zakresie częstości występowania odrębnych emocji. Nie może zatem być tak, że emocje negatywne wyodrębniają się z wiekiem z początkowego stanu niezróżnicowanego dyskomfortu[5].

Należy jednak pamiętać, że emocje u niemowląt są trudniejsze do odczytania ze względu na tzw. szum (sygnały mniej czytelne, niż u dorosłych) i niejednoznaczność etykiet (dyskomfort). Dzieci są powszechnie uznawane za mniej dojrzałe, by doświadczać złości. Tymczasem pomiar AFFEX na dzieciach w wieku 6,12,18 miesięcy (badanie podłużne) pokazał, że strach i złość są u dzieci odrębnymi emocjami. Mają też odrębne strategie regulacji, zachowania regulacyjne redukują ekspresję złości, ale nie strachu. Złość wyzwala zachowania, które ją redukują. Złość to ważne źródło energii dla zachowań przystosowawczych u niemowląt[6].

            Dlatego warto pamiętać, że złość daje nam ważne komunikaty. Uciszanie złości, karcenie za złość, zamiast chęci i gotowości do przyjrzenia się, co się pod tą złością kryje, pozwoli wykształcić określone zachowania u „złoszczących się”, zgodne z oczekiwaniem otoczenia. Dziecko z czasem nauczy się, że jak się złości, to mama się złości, to nie dostaje lodów, to dostaje klapsa, jest wyzywane, karane itp. I będzie tak tłumić w sobie wszelkie emocje, obwiniać się za nie i nie dawać sobie na nie prawa, żyjąc w poczuciu np. winy, lęku przed odrzuceniem, czy niezrozumienia swoich potrzeb.

Bibliografia:

  1. Lemerise E.A., Dodge K.A., Rozwój złości i wrogich interakcji [w:] Lewis M., Haviland – Jones J.M., „Psychologia emocji”, Wydawnictwo GWP, Gdańsk 2005
  2. Siek S., Wybrane metody badania osobowości, Wydawnictwo ATK, Warszawa 1993

 

 

[1] Lemerise E.A., Dodge K.A., Rozwój złości i wrogich interakcji [w:] Lewis M., Haviland – Jones J.M., „Psychologia emocji”, Wydawnictwo GWP, Gdańsk 2005, s. 745.

[2] Ibidem, s. 746.

[3] Siek S., Wybrane metody badania osobowości, Wydawnictwo ATK, Warszawa 1993, s. 215.

[4] Lemerise E.A., Dodge K.A., Rozwój złości i wrogich interakcji [w:] Lewis M., Haviland – Jones J.M., „Psychologia emocji”, Wydawnictwo GWP, Gdańsk 2005, s. 748.

[5] Ibidem, s. 747.

[6] Siek S., Wybrane metody badania osobowości, Wydawnictwo ATK, Warszawa 1993, s. 217.

psychologb

Kaskader polskiego rapu. Taco

dobrycoach

Taco Hemingwaya pokochałam od pierwszej płyty. Uwielbiam jego soczysty rap. Fotografowanie rzeczywistości przez bardzo smutny i bardzo brudny filtr. Oto moje pokolenie, uzależnione od telefonów, rozmów o niczym, alkoholu i prochów. Uzależnione od idealnej wizji siebie, prezentowanej w mediach społecznościowych, kreujące się na lepsze, ładniejsze, mądrzejsze pokolenie ludzi wymiętych przez zewsząd docierające informacji o tym, co trzeba i czego nie wolno. Ludzi uzależnionych od wizerunku i niedbających o ducha. Taco jest przykrym fotografem. Nie umkną przed jego okiem i tnącym, jak żyletka, słowem, ani emocje, ani zachowania, ani wartości, ani poglądy. Dostrzeże wszystko i poda słuchaczowi na tacy, jak fascynującą, choć niezbyt smaczną potrawę, której zjedzenie zmienia raz na zawsze postrzeganie rzeczywistości. Słuchałam Taco i widziałam w jego tekstach mój świat. Kiwałam głową, bo tak bardzo to wszystko mi znane.

W 2016 przyszła płyta "Marmur". Formą zbliżona mocno do "Kwiatów polskich" Tuwima opowieść o Filipie Szcześniaku (prawdziwe imię i nazwisko Taco), który trafia do tajemniczego hotelu Marmur. Najlepszy projekt gatunku od czasów "Kinematografii" Paktofoniki w 2000 roku. Geniusz "Marmuru" przywala mnie za każdym razem, gdy słucham. To jest powieść. Rapem pisana, rymem pisana, ale powieść z wieloma wątkami autobiograficznymi. W końcu bohater jest alter ego Taco. Jest w niej coś z "Czarodziejskiej Góry" Manna, jest coś z "Lśnienia":

A więc znalazłeś się w Hotelu Marmur
Zażywaj słońca i jodowanego powietrza
Ciesz się szumem drzew, bulgotaniem morza
I niestworzonym krzykiem lokalnego ptactwa, cicho tam!
Dorywa cię wieczorna melancholia?
Udaj się do sali bankietowej i poznaj współtowarzyszy turnusu
Nie rób głupstw, Filip, masz tu wypocząć!
Bogata oferta alkoholowo-gastronomiczna
Niecodzienna architektura
Brak rozkojarzającej technologii
Obowiązkowa psychoterapia, kursy tańca
Nie robienie głupstw
Wykwintne wieczory z wykwintnymi gośćmi
Witaj w Hotelu Marmur

Muzycznie uczta. Jest tłusto, ale melancholijnie. Tak, że jednocześnie robi się na duszy dobrze i bardzo smutno. Idealna płyta do słuchania w podróży, do słuchania, gdy siądziesz z kubkiem herbaty lub drinkiem w ciszy i po prostu zagłębisz się w historię. Z resztą, Taco nigdy nie był raperem do słuchania w tle. Go się słucha, jakby czytało się powieść ukochanego pisarza. Tak, żeby nie uronić ani słowa.

Panowie jedzą befsztyki, z których krew kipi
Na obrusie leżą pliki, dama krzyczy leć w piki
Jeden stracił swój majątek, kolor, portfel - jest nikim
Łysy wygrał parą piątek, zastosował blef dziki
Chciałbym się wyciszyć, na to widok jest nikły
"Brać złodzieja, brać złodzieja" ten nasz łysy lew krzyczy
Drugi pokerzysta dzida, jakby szybki bieg ćwiczył
Ja spoglądam, wielkie okna, tak jak inni chcę ciszy
Chcę tylko ciszy
Chmury płaczą jak nastolatki na Titanicu, panowie patrzą jakby każdy mógł zabić dla kwitu, dyrygent łzawy, bo te chamy nie dają napiwków, a panny staników
Ale mimo to gra tu dla VIPów
Znany piosenkarz wymachuje swym szmalem z ZAiKSów
Ja zdaje sobie sprawę, widzę tu masę artystów
Tańczą jak chochoł, łycha chochlą beż żadnych namysłów
Emocje gołe, wchodzą boso na plażę nudystów

Bogata uczta dla ducha. A "Deszcz na betonie" to jeden z moich ulubionych utworów o miłości. To opowieść o samotnym człowieku, który nagle znalazł się w świecie, który dusi przesytem wszystkiego. "Marmur" utwierdził mnie w przekonaniu, że Taco to typ genialnego, samotnego barda. Jego twórczość ogromnie przypomina mi twórczość Wojaczka, Bursy i Stachury, o czym za chwilę... Bo żyłam tak w miłości do niego do czasu, aż nie pojawił się na rynku "Szprycer", a następnie duet z Quebonafide. I mój ideał runął z wielkim hukiem na bruk krytyki. Słuchałam, słuchałam i za bardzo bit kojarzył mi się z disco. A disco to komercja. Nie kupiłam przekazu tego albumu. I na trochę się na Taco obraziłam. Sprzedał się. Zaczął robić szajs, żeby zrobić hajs. Słabo. Aż kiedyś przyszło mi do głowy pytanie: A co? Miał wsadzić głowę do piekarnika i puścić gaz, czy powiesić się? Czy wówczas dopełniłby obrazu kaskadera literatury? Liryka "prawdziwego"? Takiego, który cierpi, widząc, co dzieje się dookoła, ale który jednocześnie kocha i ten świat i to cierpienie, bo z niego idzie wena? W końcu tak zrobili wszyscy wielcy, których poezję zaczytywałam do bólu przez całą młodość. Wojaczek pisał, pił i szukał we Wrocławiu idealnego miejsca na to, żeby się powiesić. Czy gdyby miał do dyspozycji studio nagrań i Internet, zakończyłby na sznurze? A może egzystencjalny ból i poszukiwania tożsamości przekułby na eksperymenty, jak Taco? Bo Taco odważył się na eksperyment, inaczej tej płyty nie da się nazwać, eksperyment, za który część go pokochała, a część nie. Bardzo czekałam na to, co będzie dalej. Myślę, że gdyby Taco zamknął się w obszarze nurtu Taconafide, nie słuchałabym go już nigdy. Nie dostrzegam w niej głębi.

Ale oto pojawiła się "Cafe Belga". I moja miłość wróciła ze zdwojoną siłą. Nie mogę przestać słychać tych utworów. Czuję tu Wojaczka, Bursę i Stachurę. Przesycenie życiem i jednocześnie łaknienie tego życia. To rap realistycznych fotografii społeczeństwa, wąsatych Januszy, dziewcząt gotowych oddać ciało za chwilowy dotyk sławy i luksusu, to kolaż zdjęć tworzonych na pętli ZTM i w najdroższych hotelach. Jest tu zapach życia, miks wszystkiego. Ale to nie wszystko. Taco, który na co dzień nie udziela wywiadów i jest chyba jednym z najmniej medialnych raperów, zrobił coś, czego oczekiwali od niego ci, którzy słuchając duetu z Quebo, zadawali sobie pytanie: "Why?", robi coś wyjątkowego. "Cafe Belga" to odpowiedź na to, jakie wiadro pomyj się wylało się na niego po poprzedniej płycie. To szczera do bólu opowieść o chłopaku, który od 11 roku życia, gdy chłopak siostry zabrał go na koncert, słucha rapu. O chłopaku, który dziś - mając wszystko - tęskni za latami, gdy po Warszawie jeździł ZTM-em. To opowieść o chłopaku, dla którego nie ma znaczenia, czy występuje w najdroższym klubie, czy w małym miasteczku. To opowieść o jego dialogu z rodzicami, z przyjaciółmi. To intymna odsłona tego, co dzieje się za kurtyną. To rozliczenie dziennikarzy, rozliczenie swojej przeszłości. Ujawnienie swoich lęków przed tym, co będzie. To obraz zwykłego chłopaka, którego wrażliwość i pióro wyniosły w przestrzenie, które nie do końca mu odpowiadają. Chłopaka, który nie chce reklamować wódki, choć ojciec mówi, że powinien korzystać ze swoich pięciu minut. Chłopaka, który marzy o miłości, czyta, ogląda, słucha i któremu sztuka daje ukojenie. Wspaniała płyta. Słucham, jak zaklęta.

Ale to nie koniec. Jestem po odsłuchaniu nowej epki Taco - "Flagey". I mój mózg został rozsypany na milion kawałków. Teksty, tło muzyczne... To mój ulubiony projekt Taco. Zaledwie pięć kawałków, które tak doskonale mówią o tym, kim jest nasze społeczeństwo, że komentarz mój jest całkowicie zbędny. Tłuste, soczyste bity, doskonałe metafory. Włączcie sobie utwór "Anja":

Boli mnie społeczeństwo oraz jego postulaty
I mam wrażenie, że ten męski kodeks podupadły
Dziewczyny chcą miłości, ziomuś, a nie ozdób z Prady
Nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, są uwięzieni we sen
Chcieli "I love you" i "Te amo", potem chcieli "Je t'aime"
Pragną mieć miłość idealną jak widzieli we "Friends"
Choć znowu małe szanse na to, by przejrzeli ten tekst
To dla nich kleję ten wers, to dla nich kleję ten wers
Bo szkoda jest mi w sumie wszystkich, którzy wierzą we flex
Nie wierz uśmiechom ludzi, które wciąż się leją ze zdjęć
Mam nadzieję, że pomogę, jak się zwierzę z depresji

Taco jest geniuszem. Jest bardem, który spisuje świat. Świat nie zawsze piękny, najczęściej fałszywy, brutalny, świat, w którym wartościami są pieniądz i ciało. Ale jest i bardem - wrażliwcem. Ponad całym syfem, który opisuje, jest coś pięknego. Przekaz, że możesz olać maski. Że możesz wybrać dla siebie zawsze tę drogę, którą inni uznali za złą. Twórczość Taco uderza w kult jednostki wrażliwej, wyobcowanej, która czasem staje się marionetką w czyichś rękach, czasem fatamorganą czyichś oczekiwań, ale przecież takie jest życie. Taco oswaja nas ze wszystkimi jego odcieniami. 

P.S. Wszystkie płyty Taco możecie ściągnąć z jego strony. Za free. 

taco

 

 

© COACHA ZAPISKI, CZYLI WARSZTATY Z CODZIENNOŚCI
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci