Menu

COACHA ZAPISKI, CZYLI WARSZTATY Z CODZIENNOŚCI

Agata Sosnowska, pisarka, szkoleniowiec, polonistka, studentka psychologii w Wyższej Szkole Finansów i Zarządzania w Warszawie. Prywatnie domatorka, zakochana w swojej rodzinie, wielbicielka książek i fanatyczka seriali. Uczy polskiego, pracuje nad thrillerem, pija kraftowe piwa, cuduje z daniami wegetariańskimi i robi wszystko, by życie jej i jej bliskich było pełne uśmiechu. Tu znajdziesz Agatowe rady, co czytać, co obejrzeć, ale i sporo refleksji nad życiem, gdzieś między jedną recenzją, a drugą. Zapraszam. Rozgość się u mnie.

GETTO WARSZAWSKIE W LITERATURZE I SZTUCE

dobrycoach

Getto warszawskie, utworzone jesienią 1940 roku było największym w całej Europie. Dziś, 19 kwietnia mija 75 rocznica wybuchu powstania w getcie. We mnie każdorazowo budzi ta data emocje. Przeczytałam o drugiej wojnie światowej setki książek. Widziałam mnóstwo filmów i seriali. Historię getta warszawskiego znam i interesuję się nią. Żonkile, którymi dziś przyozdabiamy swoje koszule i marynarki to ważny symbol – obrony godności, obrony praw człowieka i przede wszystkim naszej pamięci o bohaterach, którzy – mimo najgorszego z możliwych koszmarów – odważyli się pokazać niemieckiemu bandytyzmowi środkowy palec.

W świetle walki o jedyną, słuszną wersję historii, jaka ma miejsce w moim kraju, w świetle fake newsów, obraźliwych komentarzy, zachęcających do nienawiści video, pogłębiających podziały wśród moich rodaków, apeluję o to, by czerpać ze świadectw ludzi, którzy przeżyli wojnę w Polsce. Literatura i sztuka to ostoja naszej tożsamości. Stacje telewizyjne, dziennikarze od prawa do lewa, szukają jedynie okazji, by nas dzielić, dezinformować, skłócać ze sobą jeszcze bardziej. W ostatnich miesiącach wielu z nas dało się ponieść tym kreowanym przez media i polityków podziałom. Znajomi kłócili się ze sobą na Facebooku, z rodzicami przy stołach, ze współpracownikami. Za każdym razem zarzucając sobie ślepotę lub jednotunelowość myślenia. I podkreślając, że jest tylko jedna (obiektywna) prawda. Żydzi są dobrzy, Żydzi są źli, Polacy są dobrzy, Polacy są źli. Niemcy są dobrzy, Niemcy są źli. Celowo piszę, używając czasu teraźniejszego, bo przecież te podziały istnieją cały czas, tyle lat po wojnie. I – mam wrażenie – w tym wszystkim brakuje jednego: świadectw. Nie memów z pseudofaktami, albo ich wycinkiem, nie video zblazowanych Amerykanów, którzy z dumą mówią (pewnie nie wiedząc nawet, gdzie Polska jest na mapie świata): „polish death camps”. Nie kryjących się po lasach wyznawców Hitlera, nazywających się patriotami polskimi. Świadectw brakuje. Przecież, żeby dowiedzieć się, jak było, wystarczy sięgnąć do tego, co najbardziej uczciwe i szlachetne – do literatury, do sztuki.

Dlatego dziś, specjalnie dla Was, przygotowałam spis świadectw i źródeł, po które warto sięgnąć, by zrozumieć, czym było getto warszawskie, czym było powstanie w nim. Przygotowałam to, bo wierzę w moc słowa. A także dlatego, że tajemnicze trolle znowu dziś będą skłócać nas ze sobą w Sieci. Specjaliści od polityki, historii i socjologii będą znów mówić o tym, czy powstanie w getcie miało sens, czy było niepotrzebne. I w tym natłoku niepotrzebnych nikomu i do niczego dyskusji zapomnimy o jednym: ile warta jest ludzka godność. Ile warte jest prawo do życia i co ludzie są gotowi zrobić, by świat nie zapomniał o tym, że o te prawa trzeba walczyć do końca.

Zatem… Subiektywo-obiektywny spis ode mnie.

  1. Hanna Krall, „Zdążyć przed Panem Bogiem” – zapis rozmowy autorki z Markiem Edelmanem, kardiologiem i jednocześnie jednym z przywódców powstania w getcie. Jedno z najtragiczniejszych świadectw wojennych, jakie kiedykolwiek powstały. Nie znać tej książki, to grzech.
  2. Witold Bereś, Krzysztof Burnetko, „Marek Edelman. Życie. Do końca” – jedyna na rynku biografia Edelmana. Fascynujący, przerażający i do największego bólu prawdziwy obraz codziennego bohaterstwa najbardziej zapomnianych przez świat ludzi, których zepchnięto do piekieł. Obowiązkowa literatura dla osób zainteresowanych drugą wojną w Warszawie oraz powstaniem w getcie.
  3. Czesław Miłosz, „Campo di Fiori”, napisany w Wielkanoc 1943 roku wiersz, który po prostu przytoczę. Jakkolwiek bym nie interpretowała, moje słowa okażą się przy mocy tego wiersza zbyt płytkie…

W Rzymie na Campo di Fiori

Kosze oliwek i cytryn,

Bruk opryskany winem

I odłamkami kwiatów.

Różowe owoce morza

Sypią na stoły przekupnie,

Naręcza ciemnych winogron

Padają na puch brzoskwini.

 

Tu na tym właśnie placu

Spalono Giordana Bruna,

Kat płomień stosu zażegnął

W kole ciekawej gawiedzi.

A ledwo płomień przygasnął,

Znów pełne były tawerny,

Kosze oliwek i cytryn

Nieśli przekupnie na głowach.

 

Wspomniałem Campo di Fiori

W Warszawie przy karuzeli,

W pogodny wieczór wiosenny,

Przy dźwiękach skocznej muzyki.

Salwy za murem getta

Głuszyła skoczna melodia

I wzlatywały pary

Wysoko w pogodne niebo.

 

Czasem wiatr z domów płonących

Przynosił czarne latawce,

Łapali skrawki w powietrzu

Jadący na karuzeli.

Rozwiewał suknie dziewczynom

Ten wiatr od domów płonących,

Śmiały się tłumy wesołe

W czas pięknej warszawskiej niedzieli.

 

Morał ktoś może wyczyta,

Że lud warszawski czy rzymski

Handluje, bawi się, kocha

Mijając męczeńskie stosy.

Inny ktoś morał wyczyta

O rzeczy ludzkich mijaniu,

O zapomnieniu, co rośnie,

Nim jeszcze płomień przygasnął.

 

Ja jednak wtedy myślałem

O samotności ginących.

O tym, że kiedy Giordano

Wstępował na rusztowanie,

Nie znalazł w ludzkim języku

Ani jednego wyrazu,

Aby nim ludzkość pożegnać,

Tę ludzkość, która zostaje.

 

Już biegli wychylać wino,

Sprzedawać białe rozgwiazdy,

Kosze oliwek i cytryn

Nieśli w wesołym gwarze.

I był już od nich odległy,

Jakby minęły wieki,

A oni chwilę czekali

Na jego odlot w pożarze.

 

I ci ginący, samotni,

Już zapomniani od świata,

Język nasz stał się im obcy

Jak język dawnej planety.

Aż wszystko będzie legendą

I wtedy po wielu latach

Na nowym Campo di Fiori

Bunt wznieci słowo poety.

  1. Magdalena Kicińska, „Pani Stefa” – reportaż o życiu prawej ręki Janusza Korczaka, Stefanii Wilczyńskiej, kobiecie, która była w stanie poświęcić wszystko, by dzieci pozostające pod jej opieką przeżyły.
  2. Wywiad z Ireną Sendlerową, opublikowany 15 maja 2013 roku na YouTube: https://www.youtube.com/watch?v=g5kAQrqIWkM
  3. George Szlachetko, Danuta Szlachetko, „Wira z Powstania” – wspomnienia Danuty Szlachetko. Wojenna Warszawa, powstanie w getcie, Powstanie Warszawskie. Wszystko odtworzone przez kobietę, którą wojna zastała, jako dziecko i która podczas pięciu krwawych lat stała się bohaterką, wojowniczką. Trudny, tragiczny obraz życia w okupowanej Warszawie. I świadectwo odwagi powstańców – i z tych z getta i tych, którzy wyszli potem na ulice miasta o godzinie „W”.
  4. „Czas honoru” – najlepszy polskie serial i jeden z najlepszych seriali o drugiej wojnie, jaki widziałam. Nie jest on poświęcony tematyce getta, ale pokazuje życie w okupowanej Warszawie i tragiczne losy Polaków i Żydów. Bardzo polecam.
  5. „Wojenne dziewczyny” – zaraz po „Czasie honoru”, należy sięgnąć po tę historię. Trzy dziewczyny, które swoją odwagą przewyższają wszystkich bohaterów Marvella razem wziętych. W pierwszym sezonie możemy zobaczyć, jak wyglądało życie w getcie warszawskim. Serial bardzo mocno akcentuje na sprawy prześladowań Żydów w Warszawie, jedna z głównych bohaterek jest Żydówką.
  6. Władysław Szpilman, „Pianista. Warszawskie wspomnienia 1939 – 1945” – autobiografia słynnego pianisty i kompozytora. Światowy bestseller w dziedzinie literatury wojennej. Książka przetłumaczona na 38 języków. Na jej podstawie w 2002 roku powstał film „Pianista” z Adrienem Brody’m w roli Szpilmana. Lektura, którą trzeba znać. Dodam tylko, że Szpilman miał przez kilkadziesiąt lat problemy z jej wydaniem, ponieważ wizja dobrego, pomocnego Niemca nie wpisywała się w założenia cenzury komunistycznej w Polsce.

Tyle od mnie. Czytajmy, oglądajmy. Wyjdźmy ze świata Facebooka. I pamiętajmy o tym, że każdy z nas jest wart dokładnie tyle samo. A bohaterom należy się szacunek. Tym zwykłym ludziom, którzy byli dokładnie tacy sami, jak Ty i ja, a którzy musieli – z dnia na dzień – zacząć walczyć – już nie tyle o życie, co o to, by świat nie zapomniał, że godność ludzka jest najważniejszą wartością i że trzeba jej bronić.

Zdj. Mieszkańcy na ulicy Leszno (źródło: wnp.pl)

ge

Ale od Musierowicz to Ty się odwal!

dobrycoach

Choróbsko położyło mnie na całego. Zwykle nie jest to czas, gdy mam siłę czytać. Jeśli już, to coś lekkiego, przyjemnego. Najchętniej wracam wówczas do serii o Avonlea, Harry'ego Pottera lub Musierowicz, czyli książek, które znam na wyrywki i które sprawiają, że choruje mi się mniej boleśnie. Tym razem pod ręką miałam "Jeżycjadę". Prawdopodobnie najlepszą polską sagę literacką i jedną z najlepszych serii książkowych dla dziewczyn (choć miałam kiedyś w gronie swych amanatów chłopca, który zaczytywał się w Musierowicz, że ho ho). Mam do "Jeżycjady" stosunek bardzo osobisty. Pamiętam, gdy czytałam "Szóstą klepkę", zazdrościłam Cesi i Julce domu. Przede wszystkim zazdrościłam im tego, że zawsze mogą liczyć na swoją mamę. Że kobiety w Jeżycjadzie są niesamowicie silne, mają jaja większe, niż Strażnik Teksasu, a serca pojemne, jak Titanic. Ja nie bardzo pamiętam moją mamę. Umarła tragicznie, za wcześnie (była tylko trzy lata starsza ode mnie). Nie bardzo też chcę pamiętać moje dzieciństwo i młodość, ponieważ były tragiczne, smutne i z pewnością nie takie, na jakie zasłużyło jakiekolwiek dziecko na świecie. Bez skarżenia się i po przebytej terapii, mogę o tym mówić otwarcie. Co w tym wszystkim robi "Jeżycjada"? Gdy, jako może dwunastoletnia dziewczynka, zorientowałam się, że moje życie nie wygląda, jak życie innych dzieci, postanowiłam sama zadbać o budowanie własnego szczęścia. W tym celu moim najlepszym miejscem na Ziemi uczyniłam miejską bibliotekę. Spędzałam w niej godziny, gawędząc z paniami bibliotekarkami, niczym dorosła, choć miałam może z metr czterdzieści trzy. Czytałam po trzy, cztery książki dziennie, przenosząc się w inny świat, zapominając o własnych dramatach. Byłam dzielną, małą Agatką, która potrzebowała przytulenia, miłości i bezpieczeństwa i która znalazła je w książkach. "Jeżycjada" była jedną z najważniejszych serii, które pozwoliły mi nie zwariować, nie uciec z domu i nie popaść w problemy z prawem. Wszystko w powieściach Musierowicz jest takie normalne, a normalność jest autentyczna i - co za tym idzie - dobra. Mamy kochające się rodziny, w których mąż i żona są dla siebie wsparciem. Mamy dzieciaki i nastolatki, które mają swoje bunty, ale na bliskich mogą liczyć zawsze. Mamy międzypokoleniowe wsparcie i więź. Jest zapach piernika z kuchni, są wspólne tradycje. Nie ma tematów tabu. Na rodzinę zawsze można liczyć, nawet jeśli rady jej poszczególnych członków bywają absurdalne, śmieszne, czy fatalne. Bo rodzina jest wszystkim. "Jeżycjada" to saga fenomenalna - śmieszna tak, jak obecnie bywa chyba jedynie Jakub Wędrowycz (czyli śmiejesz się na całego). - Czy pan jest Muminkiem? - zapyta lekarza Bobik w "Szóstej klepce". - Bo mówi pan zupełnie, jak Topik i Topcia (lekarz seplenił). To saga, będąca pochwałą wartości takich, jak nauka, lojalność wobec bliskich (także tych niespokrewnionych), życie w zgodzie ze sobą. To saga mówiąca o walce z własnymi słabościami, z nastoletnimi lękami (wskażcie mi dziewczynę, która, będąc nastolatką, nie miała depresyjnych myśli, związanych ze swoim ciałem, a powiem Wam, że kłamiecie!). Saga, będąca pochwałą dialogu i prawdy - tylko rozmowa, tylko szczerość i gotowość do kompromisów, gotowość do aktywnego wysłuchania drugiej strony potrafią każdy problem rozwiązać. I wreszcie, to saga o świecie, który nie jest już modny, nie jest już aktualny. Ale który warto znać, przenieść się w ten cudowny świat retro, usiąść na chwilę w domu pod wieżyczką i popodglądać codzienne rytuały mieszkańców epoki, która była paskudna, szara i bardzo biedna, ale która fascynuje.

Jakimś cudem trafiłam ze trzy dni temu na odgrzewanego kotleta w postaci felietonu niejakiej pani Elizy Szybowicz na stronie "Krytyki Politycznej" (bardzo nierównego jakościowo, swoją drogą, portalu). Felieton "Była fanka czyta Musierowicz" przyciągnął mnie tytułem, choć nie spodziewałam się na KP ani zdrowego rozsądku wobec "Jeżycjady", ani sympatii do autorki i bohaterów sagi. Nie spodziewałam się natomiast takiego jadu. Pani Szybowicz przeszkadza to, że Borejkowie obchodzą święta katolickie (fuuu!), a dla bohaterek ważny jest cudowny mąż i wspaniałe dzieci (jeszcze bardziej fuuu!!!). Że niby "Jeżycjada" jest snobistyczna (bo bohaterowie wciąż czytają, często po łacinie?), że Łucja kokietuje od najmłodszych lat, że Laura chce wyjść wcześnie za mąż, a Gabi jest opisana, że wygląda, jak zaniedbany chłopak. Nie wiem, na ile snobistyczne jest czytanie, zdaniem autorki felietonu, jednak w wielu domach to czynność tak normalna, jak oglądanie TV, a nawet normalniejsza. Nie wiem, co złego w kokietowaniu, chęci wyjścia za mąż, czy stwierdzeniu, że ktoś wygląda, jak zaniedbany chłopak. Autorka ma do tego prawo święte, by pisać, jak sobie chce. Pani Szybowicz na siłę doszukuje się w "Jeżycjadzie" wszystkiego, co złe. Wymaga od cyklu, który pozostaje niezmieniony w swym stylu i ideologii od 1975 roku (i to właśnie czyni go wyjątkowym i niepowtarzalnym reliktem literatury młodzieżowej!), aby dostosował się do tego, co - zdaniem pani Szybowicz - aktualne. A zatem (takie mam wrażenie) - powinna pani Musierowicz opisać przynajmniej jedno małżeństwo homoseksualne, dziecko, które jest transem, mężczyznę, który zajmuje się domem, podczas, gdy żona ratuje dzieci w RPA, niczym Dominika Kulczyk. Współczesna Gabi powinna angażować się politycznie, agitować pod Sejmem i dokonać co najmniej dwóch aborcji. Mama Raczek powinna być ofiarą przemocy domowej, dokonywanej przez męża, który co niedzielę chadza do kościoła. Przecież to jest jakiś absurd! Wolność literatury polega właśnie na tym, że autor pisze tak, jak chce. Oczywiście, wolność słowa polega na tym, że możemy to krytykować, jak sobie chcemy. Ale chyba jakiś zdrowy rozsądek by się przydał, co? Dopatrywanie się w prawdopodobnie jedynym polskim cyklu literackim, który mówi o tak niemodnych wartościach, jak miłość, wierność, podążanie za marzeniami, lojalność wobec bliskich, ale i pokora, zła i snobizmu, to grube nadużycie. Bo snobizm to my mamy w modnych knajpach na Zbawicielu, gdzie takie panie, jak Szybowicz, nieustannie debatują nad patriarchalnym zniewoleniem Polek, a żadna tyłka nie ruszy, by dorzucić się do węgla w Domu Samotnej Matki na Białołęce (robimy to my, internauci), czy zapłacić za wycieczkę klasową tych dzieci, które nie pojadą, bo dwie stówy dla samotnego rodzica to za dużo. Snobizm to my mamy na placu zabaw, gdzie idealnie ubrana w len i słomę matka na rowerze strofuje trzylatkę, która podbiega do mnie, aby poczęstować się chrupkiem Flips, a potem - o cztery tony za głośno - opowiada dziecku o wartościach odżywczych chipsów z jarmużu. To jest snobizm. Nie dostrzegam go u żadnego z bohaterów "Jeżycjady". Dostrzegam za to takie fakty, jak wpuszczanie do domu potrzebujących, pomoc ludziom z depresją, ludziom samotnym, ludziom biednym, dostrzegam lojalnych partnerów, lojalne partnerki, wspierane przez rodziców dzieciaki, które mają szanse wyrosnąć na mądrych i dobrych ludzi. Dostrzegam damsko - męską grę w przekomarzanie, która, jak świat stary, wciąż mnie bawi. Nie mam pojęcia, co jest w tym złego. I co zadziało się w świecie, że tak elementarne wartości, wspierające prawa człowieka i współgrające z szacunkiem do człowieka, tak bardzo dziś kłują w oczy. Za mało krwi? Za mało rzezi, maltretowania, smutku i zła? To proszę nie czytać. I zostawić Musierowicz w spokoju. Nie wymagać, by nagle Kopernik stał się kobietą i dać prawo innym czerpać radość, jaką niesie lektura "Jeżycjady".

jezyce

"Marzyciel" Laini Taylor, recenzja.

dobrycoach

Troszkę czekaliście na tę recenzję. W święta wybrałam czas z rodziną, zamiast blogowania. Po świętach miałam kolokwium ze statystyki (100% poprawnych odpowiedzi, brawo ja), a od kilku dni choruję tak, jak nie chorowałam od przynajmniej roku. Siadłam dziś do bloga, bo dostaję od Was prośby o wpis. Od czasu, gdy założyłam "Coacha zapiski" zmieniło się wiele. Mam swoich czytelników, ludzi, którzy do mnie piszą, czekają. Zatem choroba, nie choroba, gorączka, nie gorączka, czas na wpis.

"Marzyciel" nie jest to książka, jakie czytuję na co dzień (wiecie, że kocham rzeź i psychopatów). Porównując styl autorki, do innych pisarzy, widzę spore podobieństwo do Brandona Sandersona oraz Ursuli Le Guin i jej cyklu o Ziemiomorzu. Wiem, że kilku moich znajomych odkryło wiele podobieństw do "Baśnioboru", natomiast ja tej serii nie znam i raczej informacyjnie o tym piszę. Lazlo, główny bohater, od dzieciństwa ma jedno marzenie - Szloch - tajemnicze, zaginione miasto. Jego życie, zawsze skromne, pozostające w cieniu innych, barwniejszych postaci, zmienia się nagle (nie zdradzę szczegółów), a sam Lazlo stanie oko w oko z przygodami, jakich zazdrościć mu może każdy bibliofil. Ja zazdrościłam!

To powieść przypominająca podążanie borgesowskim labiryntem, albo korytarzami biblioteki mnisiej w "Imieniu róży". Zakurzone księgi, kryjące tajemnice Wszechświata, nie zawsze pragnące odkrycia, magia, zjawy, dobro i zło, niesamowite sny i wydarzenia, przypominające pudełka z niespodziankami - to wszystko sprawiło, że zatraciłam się w "Marzycielu", jakbym znów była nastolatką. Bo jest to powieść dla ludzi o szczególnym stopniu wrażliwości - nastolatków. A także dla tych, którzy przekraczając magiczną trzydziestkę, nie zatracili miłości do fantastyki. "Marzyciel" spodoba się nerdom, fanom przygód, książek i gier. Powieść przyjemna, przypominająca dźwięki celtyckiej muzyki, budząca odległe wspomnienia o czytanych w dzieciństwie baśniach. 

Idealna propozycja dla chorych marud (jak ja!), na sobotnie popołudnie na kocu, gdzieś poza miastem, do pociągu, na leżak, hamak. "Marzyciel" to bilet wielokrotnego użytku, który stanie się dla Ciebie przepustką do wielu fantastycznych miejsc. A jeśli pragniesz dla siebie chwili spokoju, kup ją dla swojego dziecka. To "Neverending story" we współczesnej odsłonie. Nie czekaj i zamów!

Za egzemplarz recenzencki dziękuję ukochanej Księgarni Tania Książka. A więcej nowości i bestsellerów znajdziecie na stronie Księgarni. Lepiej się spieszcie, póki rabaty i promocje wiosenne czekają!

marzyciel

"Pasażerka" Lisa Lutz, recenzja

dobrycoach

Spodziewałam się (już po samej okładce i opisie), że trafię w powieści "Pasażerka" na mroczny świat, który w literaturze uwielbiam. Zmyliło mnie także nazwisko - jest już Lutz w krainie kryminałów. Tymczasem znalazłam się w środku akcji trochę łotrzykowskiej, trochę kryminalnej, trochę przygodowej i trochę podróżniczej. Zdumiał mnie już początek powieści. Oto umiera Frank, mąż głównej bohaterki. Cóż robi wdowa, znajdując ciało męża, który nieszczęśliwie spadł ze schodów? Cieszy się, że nie będzie się więcej musiała męczyć z chrapaniem przy uchu i nieustannymi prośbami o to, by Frank obciął paznokcie u stóp. Szybko pakuje najpotrzebniejsze rzeczy, szczęśliwa, że oto dostała od losu szansę na nowo rozpocząć życie. Wyobraźcie sobie, że siadacie do lektury z założeniem, że spotkacie się w niej z psychopatami, widmami i ciemnymi alejkami, pełnymi trupów. I trafiacie na taki wstęp. Zaczęłam mocno zastanawiać się, czy aby na pewno nie trafiłam na komedię. Bo jest w "Pasażerce" sporo humoru. Tanya ucieka od trupa, od dotychczasowego, bogatego życia. Sytuacje, które ją spotykają, ludzie, którzy zjawiają się na jej drodze, to pasmo nieustannych niepowodzeń i pomyłek.

Tanya będzie musiała kraść, udawać kogoś, kim nie jest, ukrywać się, zastawiać pułapki, farbować włosy i robić wszystko to, co zobaczylibyście w najlepszym kinie akcji. Podczas lektury brakowało mi jedynie popcornu, bowiem czułam się, jak w kinie. I chociaż nie dostałam mrocznej historii, ubawiłam się przy tej powieści wspaniale. Polubiłam bohaterkę! Polubiłam to, jak jest odważna, jak łatwo przeistacza się z jednej roli w drugą, jak dzielnie radzi sobie z pustym portfelem, ukrytym w schowku starego cadillaca rewolwerem i dziwnymi postaciami, które stają na jej drodze. Ilość zaskakujących perypetii nie pozwala odłożyć tej powieści, dopóki nie doczyta się jej do końca. Genialna zabawa czytelnicza! Pomysłowo skonstruowani bohaterowie - czasem przypadkowi, czasem nie. Świetny wycinek życia amerykańskiej prowincji. Czułam się trochę tak, jakbym jechała z Tany'ą motorem przez USA, zahaczając o przypadkowe wioski i bary, gdzie na szybko trzeba zorganizować sobie (najczęściej uciekając się do nieuczciwych forteli) nocleg, jedzenie i alkohol. Ależ to była przygoda!

Tym bardziej, że "Pasażerka" nie jest jedynie powieścią o uciekinierce, którą policja mogłaby oskarżyć o zrzucenie męża ze schodów. To powieść o dziewczynie, na którą polują zwariowana pisarka, tajemniczy bandyci i zakochany facet z przeszłości. Tanya wcale nie jest znudzoną życiem kobietą z bogatego przedmieścia. Tajemnicza przeszłość i wydarzenia sprzed lat mają wpływ na to, kim jest i na to, że się ukrywa. Im szybciej dziewczyna ucieka, tym szybciej historia i tożsamość doganiają ją, coraz bardziej wpędzając w kozi róg. Im więcej ludzi na swej drodze Tanya spotyka, im więcej kradzionych tożsamości przybiera, tym bardziej odkrywa się przed światem. A tajemnica z przeszłości - świetna. Zakończenie - dla mnie mistrzowskie. Tanya to taka superbohaterka Marvella, tylko bez nadprzyrodzonych mocy. Ubawiłam się przy tej książce, wciągnęłam się w nią, polubiłam wszystkich bohaterów, nawet jednego upierdliwego policjanta z baru. Ta książka to znakomity materiał na film akcji. A jeszcze gdyby główną rolę zagrała Tatiana Maslany! Bo fanom serialu "Orphan Black" powieść spodoba się bardzo!

Polecam - idealny relaks. Połączenie komedii, powieści drogi, kryminału, sensacji. Znakomicie poprowadzona akcja, dynamika, ciekawi bohaterowie. I ta tajemnica z przeszłości, coraz bardziej odchylana przed czytelnikiem z każdym rozdziałem. Świetna zabawa! Musicie ją kupić!

Za egzemplarz recenzencki dziękuję ukochanej Księgarni Tania Książka. Więcej nowości znajdziecie na stronie Księgarni!!!!!

pasa

"Grzesznica" Petra Hammesfahr, recenzja

dobrycoach

Odkryłam ten tytuł przez przypadek (choć te podobno nie istnieją), szukając ciekawego serialu na wieczór. Już sam opis fabuły mnie zainteresował (i piękna Jessica Biel, oczywiście). Nie wiedziałam, że "Grzesznica" powstała na podstawie książki. Skończyło się na tym, że serial odłożyłam na później, a ukochaną Tanią Książkę poprosiłam o egzemplarz recenzencki powieści. I intuicja mnie nie zawiodła. Tę powieść niemieckiej autorki, której dotąd nie znałam, przeczytałam jednym tchem (dwie podróże autobusem z pracy i do pracy oraz jedna przerwa w szkoleniu). Dawno żadna powieść tak bardzo mnie nie zasmuciła i nie zgniotła mojego serca. 

Oto Cora. Matka kilkulatka, wierna żona, pieczołowicie dbająca o wygodne życie swojej rodziny. Porządna i gospodarna. Swoje potrzeby zostawiająca gdzieś w najciemniejszym kącie życia. Pomagająca teściom w rodzinnej firmie. Nie pyskuje, nie narzeka. Pierze, gotuje, rozlicza księgowość teściom, bawi się z dzieckiem i raz w tygodniu, zawsze w piątek, wypełnia swoje seksualne obowiązki wobec męża. Spokojne, poukładane życie, jak w zegarku. Obiad o stałej porze, doskonale dobrane menu, porządek, rytuały, wypełnianie zaleceń męża, teściowej, pokorne przymykanie uszu na nieustanne uwagi, dotyczące tego, jak wygląda, jaką jest matką i jakim pracownikiem. Cora to doskonale uległy człowiek - jest tak skrupulatna, że nawet z porodem powstrzymała się do czasu, aż rozliczy aktualne faktury, choć bóle brzucha ledwo pozwalały jej ustać na nogach. Obowiązki i oddanie rodzinie to jej priorytety. Cora wie, że nie trafiła do dobrej rodziny. Wie, że jest cholernie samotna i że nie może się na nic skarżyć. Pokornie kiwa głową, pokornie przemyka przez każdy dzień, żeby nikomu się nie narazić. W końcu ma idealnego męża i życie, jakiego inne kobiety mogłyby jej pozazdrościć.

Wszystko się zmienia przez jedną piosenkę. Słyszy ją w radio, gdy w piątkowy wieczór kocha się z mężem. Słyszy ją w momencie, gdy mąż zaczyna robić coś, co ma urozmaicić ich miłosne życie i dać jej wielką przyjemność. Nagle krucha stabilizacja Cory, wypracowana przez ostatnie pięć lat, legnie w gruzach. Dźwięki, obrazy, głosy i doznania wyłaniają się z jej pamięci, jak z najgłębszej, najstraszniejszej studni. Cora czuje, że w jej przeszłości jest luka, którą nagle zobaczyła. Wyłaniają się z niej ludzie - duchy, pojedyncze imiona, urywki przeszłości, których nie da się złożyć w całość i których Cora nie chce w tę całość składać, czując, że to by ją zabiło. Łyka więc proszki, które pomogą jej zasnąć. Łyka proszki, które pomogą jej wstać. Łyka proszki na koncentrację, na uspokojenie, na pobudzenie seksualne, bo przecież męża trzeba zaspokoić w każdy piątek. Na początku pojawiają się koszmary. Potem agresja. Wobec siebie przede wszystkim. Strach. Niechęć do męża, do dziecka. Coś budzi się w mroku i Cora wie, że kiedy potwór z jej wyobraźni zbliży się i pozwoli zobaczyć swoją twarz, ostatecznie zwariuje.

Niby życie toczy się normalnie. Obiady, kaszki, kupy, pieluchy, praca, wieczory przy filmie. Ale zmiana staje się dostrzegalna dla otoczenia i coraz bardziej uciążliwa. Mąż Cory wcale nie jest dobrym człowiekiem. Widząc traumę żony, nie pomaga - albo udaje, że nic się nie dzieje, albo zaczyna robić jej awantury. Być może właśnie ta jego bierna agresja, to przyglądanie się bezczynne rosnącemu szaleństwu, doprowadza do tragedii. Być może to on powinien trafić za kratki. A być może powinni trafić tam wszyscy, którzy przez lata nie zareagowali na to, co dzieje się z Corą, albo którzy pogrążali ją w traumach, zamiast pomóc.

Jeden wyjazd w słoneczny dzień, jeden piknik, który zmienia wszystko. Pływanie, opalanie się. Dla męża - szansa na poprawę samopoczucia żony, która sama zaproponowała wyprawę. Dla Cory marzenie o cichej śmierci w wodzie. I pewnie tak by się skończyło, gdyby znowu nie ta jedna piosenka... Pociągnięta do siebie klamka w drzwiach, prowadzących do piwnicy. Uruchamia w Corze morderczynię. 

I uruchamia wspomnienia. Stopniowo wydobywane przez policjantów w areszcie, trudne, brutalne, brudne wspomnienia, które ukazują życie ofiary przemocy fizycznej i psychicznej. Cora walczy z pamięcią. Nie chce jej, bo wie, że zwariuje. Tak skutecznie ukryła swoją przeszłość za zamkniętymi drzwiami, przyjmując nową tożsamość, że dogrzebanie się do niej staje się koszmarem i dla przesłuchujących i dla bohaterki. Wspaniale opisane szaleństwo, psychologiczna gra z samą sobą - gdy jedna część duszy woła o prawdę, a druga woli umrzeć na elektrycznym krześle, niż dopuścić ją do siebie. I historia, która łamie serce. Historia samotnej, opuszczonej dziewczynki, nad którą znęcano się. Dziewczynki, która dorastała rozdzierana przez chorobę psychiczną i osobiste traumy swoich bliskich. Dziewczynki, z której się śmiano. Dziewczynki, która nie miała przyjaciół. Był Jezus w salonie, grożący z krzyża na ścianie, było dzielenie pokoju z ojcem, weteranem wojennym, była matka. I była siostra. Wspomnienia Cory odsłaniają przerażające życie. Wywołują w czytelniku łzy, obrzydzenie i strach. Walka Policji o wydobycie prawdy - dlaczego Cora stała się morderczynią, to walka o sprawiedliwość. Policjanci są, jak sprawiedliwa ława przysięgłych. Za wszelką cenę próbują wydobyć z Cory prawdę. Nie widzą w niej wariatki znad jeziora, a kobietę, którą doznawana przez lata przemoc doprowadziła do zabójstwa. Muszą prowadzić z Corą grę, która stopniowo wydobędzie wszystkie fakty. Muszą zmierzyć się z dramatem opuszczonej kobiety, której nigdy nikt nie pomógł, a która nie chce przywołać przeszłości, tylko umrzeć.

"Grzesznica" to wspaniale napisany thriller psychologiczny, w którym nic nie jest oczywiste. Pięknie poprowadzona narracja, w której monologi bohaterki i urywki wspomnień przeplatają się z teraźniejszością. Doskonale przedstawiony proces walki z wyparciem traumy. Niebanalny pomysł na fabułę. Ta powieść jest, jak grzebanie się w bardzo ciemnym, twardym żwirze. Czytelnik odkopuje kolejne skarby, łamiąc sobie paznokcie i raniąc dłonie, ale nie może przestać, bo wie, że pod żwirem znajdzie coś ważnego. Dawno nie czytałam powieści, która łączyłaby w sobie tyle wątków, które tak dobrze splatają się w jedną sieć pojedynczego życia. To bardzo ważny głos w sprawie przemocy domowej, ale i głos w sprawie seksualnego wykorzystywania kobiet. To powieść bardzo szokująca i odważnie zmierzająca się z najpodlejszymi i najbardziej ludzkimi wątkami, których ani film, ani literatura nie lubią za bardzo. W "Grzesznicy" niepełnosprawność nie wyklucza plugastwa, macierzyństwo nie wyklucza obojętności na własne dziecko. Wielu ludziom taki obraz może się nie spodobać, bo jest trudny, niepoprawny politycznie i społecznie. A ja powiem, że tę powieść powinien przeczytać nie tylko każdy fan thrillerów, ale i każdy, kto myśli o zawodzie psychoterapeuty. "Grzesznica" bije po sumieniu, po głowie, po sercu, ale jednocześnie pokazuje, że warto być uważnym na to, co dzieje się wokół nas. Warto dążyć do sprawiedliwości i warto pochylić się nad drugim człowiekiem, zamiast jednoznacznie go oceniać.

Bardzo polecam. Za egzemplarz recenzencki - jak zawsze dziękuję ukochanej Księgarni Tania Książka. Więcej nowości znajdziecie na stronie Księgarni! Zajrzyjcie już dziś!

grzesznica

© COACHA ZAPISKI, CZYLI WARSZTATY Z CODZIENNOŚCI
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci