RSS
środa, 12 kwietnia 2017
Czekałam na przygodę z Hygge od listopada! Tania Książka sprezentowała mi egzemplarz recenzencki, gdy byłam tuż po zimowej sesji egzaminacyjnej. Pachnąca, pięknie wydana i ilustrowana książka przeczekała u mnie od lutego do kwietnia, zanim zabrałam się do lektury. Wciąż przekładałam przygodę z "Hygge", wiedząc, że czeka mnie uczta dla ducha i że muszę wybrać specjalną chwilę na lekturę, aby w pełni móc się nią nacieszyć, nierozpraszana przez jakiekolwiek didaskalia zawodowe.
Pierwszy raz w życiu miałam możliwość przeczytać książkę, której narratorem jest zwierzę. Pies, a konkretniej - Bailey. Przyznam, że podeszłam do tej propozycji recenzenckiej bardzo sceptycznie, a pierwsza moja myśl była następująca: "Czego to ludzie nie wymyślą, żeby ich czytano". Nie mogłam się bardziej pomylić!
Uwielbiam powieści mroczne, zagadkowe. Uwielbiam historie ludzi, którzy wyszli z domu i nigdy do niego nie wrócili. Zaczytuję się Cobenem, urzekają mnie sekrety sprzed lat, jakie w powieściach - dreszczowcach, gdzieś tam nagle wychodzą na światło dzienne. Taka książka jest, jak narkotyk. Wciąga od pierwszej strony i nagle okazuje się, że za oknem wstaje świt, a Ty przeczytałeś całość.
Rzadko sięgam po wszelkie poradniki, które mają na celu pomóc mi lepiej organizować swoje życie. Szczególnie zaś hasła "Osiągnij sukces" na okładce działają na mnie, jak kolor czerwony na rozjuszonego byka. Dlaczego więc zainteresowała mnie propozycja od ukochanej Taniej Książki? Odpowiedź jest prosta: czasem jestem psychopatą. I Ty też. A jeśli nie, warto, byś nauczył się nim być :)
wtorek, 21 marca 2017
Szaleję dziś z recenzjami, prawda? Obiecuję, że to już ostatnia w dniu dzisiejszym :) Wykorzystuję fakt, że mam luźniejszy dzień w pracy, więc bierzcie i czerpcie inspirację do lektury z tego wszyscy, bo na kolejną trzeba będzie poczekać :)
Mam sentyment do pana Daukszewicza, wiecie? Z dzieciństwa jeszcze. Pamiętam pana w kapeluszu z piórkiem i to, że nieustannie rozbawiał spoglądających w szklany ekran telewizora rodziców i mojego świętej pamięci dziadka, Edwarda. Gdy podrosłam sympatia nie minęła. Innych polskich satyryków nie lubię. Nie bawią mnie, podobnie jak nie znoszę polskich kabaretów. Pan Daukszewicz jakoś tak mi w pamięć wszedł miło za dzieciaka, że zawsze słucham go z wielką życzliwością i sympatią.
Przyznam szczerze, że po tę powieść sięgałam z lekkim niepokojem. Nieznana mi autorka, nieznane mi wydawnictwo. Ciekawość czytelnicza jednak zwyciężyła - i bardzo dobrze, bo dosłownie w cztery godziny pewnej soboty połknęłam tę powieść, znikając ze świata.
wtorek, 07 marca 2017
Andrzej Pilipiuk jest dla mnie mistrzem wśród polskich pisarzy. Pierwszym twórcą literackim od czasów Fredry, który potrafi autentycznie rozbawić do łez. Kiedy jadę autobusem lub tramwajem i widzę, że ktoś na cały głos zaśmiewa się, nie zważając na współpasażerów, jestem gotowa dać sobie uciąć obie ręce, że właśnie czyta Pilipiuka.
środa, 01 marca 2017

Aj, ten luty to mi zleciał tak szybko, że aż trudno uwierzyć, że właśnie zaczął nam się piękny (póki co) marzec. W lutym zachwyciło mnie wiele książek, filmów, seriali - ale nie tylko. Moja subiektywna lista - dla Was :)

1. "Dziennik Podróżniczki", realizowany przez Agatę Pelc i Emilię Zęgotę z PositiVision kurs on-line, przeznaczony dla wszystkich zagubionych wśród niezdrowego żarcia i paskudnych nawyków dusz. Zobligowana jestem do tego, by szczegółów kursu nie zdradzać. Powiem tyle, jako wymagające zwierzę szkoleniowe - tylko raz w życiu szkolenie tak mną zawładnęło i był to kurs organizowany przez Instytut Covey'a, więc gruba liga. Dziewczyny, na co dzień specjalistki od psychodietetyki (najlepsze, jakie są!), przygotowały taką bombę, że zbieram szczękę. Jestem pod wrażeniem ich pracy, kreatywności a także tego, jak kurs został przemyślany, aby zmotywować uczestniczki do zmian. To jest mój numer jeden lutego. Wspaniałe trenerki, wspaniały program, szokujące dla mnie zmiany na lepsze, których się nie spodziewałam.

2. "The Walking Dead", sezon 7 - tak, jestem wierną fanką Ricka i jego drużyny. Był moment, kiedy TWD oglądało mi się z przymusu, bywało, że ciągnęło się, jak flaki z zombie (4 lub 5 sezon). Wytrwałam. I super. Ten serial jest wyjątkowy. Siódmy sezon potwierdza jakość. Bohaterowie zmieniają się, co przy tylu sezonach jest naprawdę sztuką - nie popaść w sztampę i tendencję. Wiem, co będzie dalej, bo znam treść komiksów, ale i tak czekam z zapartych tchem. Uwielbiam!

3. "Homeland", sezon 6. Każdy odcinek, od początku pierwszego sezonu, oglądam z wypiekami na twarzy. Za każdym razem zastanawiam się, czy da się zrobić coś jeszcze lepszego. I z każdym sezonem dostaję odpowiedź, że tak. Sezon 6 trzyma klasę wypracowaną przez producentów przez lata. Claire Danes - najlepsza rola kobieca w serialu ever. Oskarowa. Osobom, które jeszcze nie znają serialu, polecam obejrzeć - odcinek po odcinku - od 1 sezonu. Nie będziecie zawiedzeni pod żadnych względem.

4. "Prosto z ambony", Krzysztofa Daukszewicza - dziś napiszę dla Was pełną recenzję książki, którą otrzymałam od ukochanej Księgarni Tania Książka. Zabawne, mądre, pełne radości do życia, mimo tego, że bywa ono w naszej RP ciężkie, felietony, które wywołują uśmiech i skłaniają do pozytywnej refleksji nad życiem.

5. "Latarnia umarłych", Leszka Hermana - powiem tak: polski Dan Brown w najlepszej szacie. Uwielbiam tę powieść, bo jest w niej historia, jest zagadka, jest tajemnica, a wszystko podane w pięknej literacko i magicznej oprawie słownej. Znowu prezent od Taniej Książki. Recenzja obszerna już jutro!

6. Nabo Cafe - świetne miejsce na mapie kulinarnej Warszawy. Byłam tam z koleżanką, zabrałyśmy nasze córki. Klimat magiczny, nastrojowy. Śledź podbił nasze serca, także wizualną oprawą. Przemiła obsługa, magicznie dobra kawa, przystępne ceny. I pokój zabaw dla dzieci, wyposażony lepiej, niż niejedno przedszkole. Idealne miejsce, kiedy chcemy zjeść w spokoju, bez bycia nieustannie targanym, szarpanym przez pociechę. Bardzo, bardzo polecam. Wrócę tam jeszcze!

W tym miesiącu zamykam listę na sześciu poleceniach :) Czytajcie, oglądajcie, zwiedzajcie. Życie jest piękne! Amen :)

mujeres

13:27, dobrycoach
Link Dodaj komentarz »
sobota, 18 lutego 2017

Rodzicielstwo uczy dystansu, jak nic i nikt - nawet najlepszy coach. Do świata, do ludzi, do siebie przede wszystkim. Weź tu bądź poważny, gdy klient już do Ciebie jedzie windą, a Ty próbujesz wyciągnąć z włosów makaron, którym właśnie usmarowało Cię dziecko - Twój najdzielniejszy towarzysz całego życia zawodowego.

Moje życie dzieli się, jak życie każdego rodzica, na dwie epoki. I przyznam, że ta druga epoka, mimo nieustannego wystawiania mnie na próbę ognia, tajfunu i zardzewiałych gwoździ, polanych octem, wprowadziła mnie też w stan zenicznej nienaruszalności duchowej. I tę nienaruszalność jest w stanie przerwać tylko choroba bliskich. 

Zeniczna nienaruszalność duchowa pojawia się, stety, czy nie, ale tylko i wyłącznie wtedy, gdy jesteś starym - co oznacza, że masz dziecko, a nie sto lat. Wielce szanuję i kocham wszystkich, niezależnie od tego, czy mają dzieci, czy też nie, ale prawda jest tu brutalna: dziecko uczy dystansu prawdziwego. I nawet choćbyś sam o sobie myślał, że osiągnąłeś już stan zen, bo masz za sobą sześć lat praktyki medytacji, trzy podróże do Tybetu, dwa spotkania z ayahuascą i jedno kombo, jeśli nie masz dziecka, to nic o zen prawdziwym nie wiesz.

Nie to, żebym zachęcała wszystkich teraz do robienia dzieci albo rząd mi płacił za reklamowanie polityki prorodzinnej. Tak jak nie każdy umie i nie lubi jeździć na rowerze (ja nie umiem, nienawidzę rowerów i nigdy mnie do tego nie ciągnęło), tak nie wszyscy chcą, mogą i marzą, aby mieć dzieci. Znam nawet takich, co dzieci nie lubią i wcale mi to nie przeszkadza w lubieniu ich. Więc żeby nie było, posiadanie dzieci nie jest według mnie jakimś mega wyznacznikiem zajebistości życiowej. Ale skoro temat mamy zen, to wiedz jedno. Prawdziwego zen nie osiągniesz, jeśli nie spłodziłeś człowieka, którego potem przez co najmniej szesnaście lat karmisz, ubierasz, opieprzasz, nosisz na rękach, całujesz i obserwujesz, jak śpi. 

Rodzicielstwo uczy dystansu. Jak już pewnie się domyśliłeś, raz piszę "zen", a raz "dystans". Pewnie zmartwi moja ignorancja wielu specjalistów ds. rozwoju duchowego, ale dla mnie zen i dystans to jedno i to samo. No i przechodząc do meritum - jestem mistrzynią zen. Dziecko uczy zen, jak nic i nikt. Makaron we włosach to jeszcze nic. Weź wybierz się sama z niemowlakiem Uberem na spotkanie biznesowe i ciągnij w jednej ręce pieprzony fotelik samochodowy o wadze dziecka niemalże, drugą ręką trzymaj malucha za kaptur, bo za rączkę rzadko chce chodzić i idź tak sobie Marszałkowską, zastanawiając się, czemu na Boga nie masz trzeciej ręki, żeby maluchowi szaliczkiem przysłonić usta i nosek i ochronić przed tym smogiem, w którego siłę już sama nie wiesz, czy wierzysz, ale przecież stoisz pod Rotundą, a Novotelu nie widać. 

Posprzątaj dom, by za chwilę przekonać się, że na Twoich gości i tak czyha stary banan gdzieś w kącie, który prędzej, czy później przylepi się do skarpetki białej, jak śnieg i doparowanej. Ty od prawie dwóch lat założyłaś może trzy razy skarpetki do pary. Skarpetki giną, podobnie jak wszystko inne, by potem znalazły się wciśnięte między klocki, misie, lalki i miseczki. Nowe mazaki, które kupiłeś sobie na szkolenie za całe 9,99 zł, zostawiłeś na biurku dosłownie na sekundę, by spokojnie porozmawiać z klientem w kuchni, gdzie nie słychać Świnki Peppy. Wracasz i z 12 sztuk nowiutkich kolorowych pisaków, 9 już ma wciśnięte czubki (no bo weź się nie wciśnij, będąc pisakiem, którym naciska się całą mocą małej ręki na ścianę), a 2 zostały zjedzone, a raczej wyssane, sprawiając, że twarz dziecka wygląda, jak paleta barw malarzy impresjonistycznych. Nie miej siły na seks, choć planujesz sobie, że dziś będzie ten dzień i golisz nogi. Czytaj w wannie w ukryciu, wstawaj o 5.00, żeby mieć chwilę spokoju na pisanie nowej książki. Jedź na konferencję, by ktoś z gości powiedział Ci, że masz plecy w sukience ozdobione naklejkami z Peppą. Wybiegnij na przystanek i zorientuj się, że nie umyłaś zębów, bo przecież kiedy już podnosiłaś szczoteczkę do ust, usłyszałaś krzyk i odłos spierdzielanej z parapetu doniczki. To wszystko uczy dystansu, jak cholera i po hardcorze. Ale i jeszcze jedna rzecz uczy dystansu...

Kiedy ten mały człowiek przytula się do Ciebie, to naprawdę sprawy innych, problemy ich, idee życia, wyrzuty i zarzuty, przestają mieć jakiekolwiek znaczenie. W czym objawia się dystans, czyli zen największy?

1. Masz dystans, co oznacza, że wybierasz właściwie, bo na mało wartościowe rzeczy i ludzi i po prostu szkoda Ci czasu. 

2. Masz dystans, co oznacza, że okazujesz o wiele więcej cierpliwości ludziom, widząc w ich potyczkach siebie, albo swoje dziecko.

3. Masz dystans, co oznacza, że nie przejmujesz się tym, jak oceniają Cię inni i czy oceniają Ciebie, jako osobę, czy Ciebie, jako matkę, czy Ciebie, jako specjalistę. 

4. Masz dystans, co oznacza, że mniej stresujesz się i jesteś bardziej odważny, bo jeśli coś się nie uda, to trudno, widocznie czeka na Ciebie coś lepszego.

5. Masz dystans, co oznacza, że nie musisz nagle stać się słodkopierdzącą truskawkami mamusią idealną, próbującą udowodnić wszystkim, że ma w sercu jedynie skowronki i nowe pomysły. Czasem potrzebujesz wina, czasem wydrzesz się na dziecko, a potem będziesz ryczeć, czasem nie znosisz świata i masz w dupie ludzi. Nie zasłaniasz się za tęczową zasłonką Super Wesolutkiej i Zawsze Szczęśliwej Mamusi, która zawsze ma dobry humor, idealne dziecko i zero problemów.

6. Masz dystans, co oznacza, że nie musisz kłamać. Znam jedną mamę, wprawdzie mieszka bardzo daleko ode mnie, więc mamy ograniczony kontakt, ale widzę w niej podczas każdej rozmowy tyle spięć wewnętrznych, że aż mi jej szkoda. Jej dziecko nie choruje. Jej dziecko zawsze idealnie się zachowuje. Jej dziecko codziennie je zdrowy, bezglutenowy obiad. Jej dziecko śpi po 12 godzin bez żadnej pobudki. Jej dziecko mówi pełnymi zdaniami, choć młodsze od mojego i pewnie niedługo zacznie pisać. Jej dziecko sprząta samo zabawki. A jej mąż to już w ogóle. Słucham tego, kiwam głową i zastanawiam się, co by się stało, gdyby na tym nieskazitelnym obrazku pojawiła się jakaś ryska. Mam wrażenie, że takie matki mają tego dystansu najmniej i najbardziej potrzebują naszego wsparcia i opieki, bo ich życie je rozczarowuje i nie mogą się z tym zwyczajnie pogodzić, zejść z piedestału oczekiwać i stać się matką z krwi i kości. Taką, która czasem ma ochotę uciec i wrócić za osiemnaście lat. Taką, która czasem zamiast obiadu daje banana i płatki z mlekiem. Taką, która w sobotę nie ma ochoty za każdym razem lecieć na basen, czy do parku.

7. Masz dystans, co oznacza, że bardziej kochasz siebie i widzisz bardziej dokładnie, jak bardzo zajebistym człowiekiem jesteś.

Piszę z perspektywy rodzica, jednak dystans potrzebny jest nam wszystkim. Do polityki, do religii, do ludzi, do siebie, do świata. Bez dystansu prędzej, czy później zakończy się pęknięciem żyłki w czole, czy dupie, co oznacza jedno: kalectwo do końca życia. Po co Ci to? Zima, jest źle, wiosna - jest źle. PO jest złe, PIS jest zły, smog jest zły, drzew za mało, chleb za drogi. To wszystko jest tak mało znaczące, tak mało ważne w Twoim życiu. Serio. Oglądanie nałogowo kanałów informacyjnych, słuchanie podżegaczy - zastraszaczy, bo rak, bo wojny. Tak, są wojny. Codziennie giną ludzie, codziennie ktoś umiera z głodu, ktoś na raka. Bez dystansu i zrozumienia, że świat zawsze taki był i będzie zawsze, dasz się zapędzić strachom w najdalszy kąt życia. Nie oznacza to, że masz nic nie robić. Jeśli chcesz, rób - na swoją skalę możliwości. Ja segreguję plastik, oddaję ubranka po Poli i robię jeszcze kilka innych rzeczy. Obejrzałam przedwczoraj "Wołyń". Hasło "Wołyń" wśród Polaków wywołuje na ustach pianę. Nawet wykształcony znajomy rzucił ostatnio, że "Nie cierpi Ukraińców za to, że mordowali na Wołyniu". We mnie film zgotował strach przed nacjonalizmem jeszcze większy. W nocy nie mogłam spać. Nie dlatego, że mam żal do historii lub moich ukraińskich przyjaciół (z resztą, znam historię rzezi wołyńskiej i wiem, że jak na każdej wojnie, tak i tam była grupa oszołomów, do których część ludu się przyłączyła, a druga część broniła życia ludzkiego, często za cenę własnego). Leżałam i myślałam sobie "No musisz się ogarnąć. Złapać dystans. Są nacjonaliści w Polsce. Być może stanowią realne zagrożenie dla nas i dla patriotyzmu. Ale jedyne, co możesz zrobić, to pokazywać, że można inaczej. Że każde życie jest tyle samo warte. I że  nie ma gorszych i lepszych narodów. A na nacjonalistyczne pieprzenie zamykać uszy i oczy". Dystans do wszystkiego jest kluczem do naszego zdrowia. Przez kilka miesięcy moja rodzina miała bardzo poważne problemy. Nieustanne napięcie rozpieprzyło mi całkowicie kręgosłup i rozregulowało mój zegar biologiczny. Stałam tak raz na przystanku autobusowym i myślałam, że jak nie odetnę się od tego, co się stało, co zrobili moi bracia i jak to się skończyło, to zwariuję ja i przy okazji moje dziecko i mój mąż. Złapać dystans pomogła mi psychoterapeutka. Koszty tego napięcia były ogromne: do dziś boli mnie ręka przy podnoszeniu, ból brzucha puścił dopiero po zabiegu u przyjaciela - fizjoterapeuty. Dlaczego tak cierpiałam? Bo pozwoliłam, by czyjeś problemy weszły mi do głowy i zagnieździły się w niej. Bo mój dystans został zachwiany przez tragedię rodzinną.

Dystans jest najważniejszy. I nadal nie rozumiem, dlaczego tak popularne są szkolenia, na których ludzi uczy się, jak jeszcze bardziej dawać się sobie samym i światu eksploatować, zamiast uczyć na nich dystansu do wszystkiego. Uczmy się dystansu, bo inaczej umrzemy wszyscy na coś niedobrego...

dystans1

11:04, dobrycoach
Link Komentarze (2) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 26