RSS
czwartek, 27 listopada 2014
Na różnych ludzi w życiu trafiałam. Więcej było tych dobrych. Ale i złych nie zabrakło. A może to mi brakło asertywności, kto wie? Na studiach mieszkałam z różnymi osobami. Mieszkania zmieniałam z prędkością światła. Prawdziwą przyjaciółkę miałam jedną (i - dzięki Bogu, jest w moim życiu cały czas). Reszta ludzi to były przelotne znajomości.
środa, 19 listopada 2014
Wiem, zabrzmię mało poprawnie - co zapewne zaraz wychwyci moje środowisko zawodowe, które także (co mega miłe!) tego bloga czyta. Zacznę jednak od historii z życia wziętej. Klientka wykupiła pewną ilość sesji coachingowych. Po pierwszym spotkaniu przypadłyśmy sobie do gustu, ja zobaczyłam w niej kogoś, komu niewiele brakuje, by rozwinąć skrzydła, ona zaś zobaczyła we mnie kogoś, kto może ją naprowadzić, jak radar, na odpowiednie miejsce mapy, by ona te skrzydła odkryła. Wybaczcie koelizmy, inaczej zobrazować tego w tej sekundzie nie umiem. Przy trzeciej sesji kobieta odkryła, że jej celem jest... dać sobie spokój i przestać nad sobą pracować. Wszystkie pierwotne cele założone przez nią, poszły do kosza. To zwykle najcudowniejszy moment w coachingu. Coachie zaczyna odrzucać plany innych i projekcje siebie dobre dla innych, a zaczyna myśleć dla siebie i o sobie. Kobieta miała wyjściowo plany zdobyć więcej tego, co ma, wiedzieć więcej, niż wie, żyć szybciej, niż żyje. Podczas sesji trzeciej wreszcie się otworzyła. I okazało się, że jej jest dobrze, jak jest. I wcale nie chce już nad sobą pracować w życiu. Pomyślicie, że powinnam dostać zawału i oblać się zimnym potem. Nie stało się tak. Widząc ulgę na twarzy kobiety, poczułam ogromną radość. Wyrzuciła z siebie wszystkie bóle. Zrzuciła ogromny ciężar presji, jaką wywoływał w niej współczesny świat. Dla mnie to była okazja do ważnej refleksji. Minęło sporo czasu od naszych sesji. Kobieta ma się świetnie. Ba, wie nawet, że jej historia stanie się ważnym przyczynkiem do dzisiejszego wpisu. Żyje sobie spokojnie, jest szczęśliwa. Nie czuje już żadnej presji.
poniedziałek, 17 listopada 2014
Czym się zajmujesz? Być może jesteś nauczycielem, może muzykiem, może piszesz świetne teksty. Masz swoje stawki - niezależnie od tego, czy pracujesz na etacie, czy sam na siebie, łatwo je przeliczyć, prawda? Może to jest 20 zł na godzinę netto, a może 200 zł brutto. To nie jest istotne. Twój czas kosztuje. Podobnie, jak mój. Godzinna stawka netto, jaką biorę za jedną sesję coachingową to 130 zł. Godzinna stawka, jaką biorę za godzinę szkolenia grupowego to złotych 125. Zaczęłam także szkolić się w tym, by doliczać pieniądze, jakie poświęcam na dojazd do kogoś. Jeśli coś dla kogoś piszę, to liczę sobie 30 zł za stronę. Nie robię nic za darmo. Wyjątkiem są moi przyjaciele. Życie mnie nauczyło, że inaczej nie będzie szanował mnie i mojej pracy nikt. Czasem dopuszczam barter, czasem robię coś bez kasy, bo chcę i sprawia mi to przyjemność. Spędzam czas z ludźmi, którzy szanują mój czas i nie kradną mi go na pierdoły. Znajomych, którzy ciągnęli gdzieś ten mój czas w rewiry nieprzyjemne już dawno z życia wyrzuciłam. Dlaczego? Bo szanuję swój czas. Dzięki temu umiem też szanować Twój. Po czym to poznasz? Po pierwsze, gdy się z Tobą umawiam, jestem o umówionym czasie. Chyba, że na drodze miałby zatrzymać mnie Latający Potwór Spaghetti, albo zima warszawska. Po drugie, jeśli się z Tobą umawiam, to jakiś cel tego spotkania jest i staram się go trzymać. Nieważne, czy celem jest dobra zabawa, czy ustalenie jakichś zasad współpracy. Po trzecie: nie zaciemniam i nie ukrywam celu spotkania, jeśli to ja Ci je zaproponowałam. Jeśli to Ty wyszedłeś z propozycją spotkania, to najpierw chcę poznać cel, chyba, że jesteśmy przyjaciółmi albo po prostu szalenie Cię lubię. Pisząc te słowa, jestem mega wkurzona. I nie jest to wkurzenie powodowane hormonami, a zwykłą ludzką bezmyślnością.
środa, 05 listopada 2014
Zawsze wydawało mi się, że ludzie mnie lubią. Nie muszą, nikt im nie każe. Ale że mnie lubią. Każdy lubi być lubiany, no nie jest tak? Kiedy patrzę na swoje życie, zastanawiam się, ile chciałabym jeszcze mieć. Dom z kominkiem postawimy przed czterdziestką, do tego czasu możemy wynajmować, wolę to, niż niewolnictwo kredytowe. Chciałabym mieć auto. Nowe, z salonu. Przy naszym, antykredytowym podejściu, to troszkę potrwa. Chciałabym mieć swoją garderobę. Powstawiać w niej stojaki z wieszakami, poukładać pudełka z butami. Mieć dużą bibliotekę. Fotel bujany, na który tu nie mamy miejsca. Jeszcze tego wszystkiego nie mam, jednak wiem, że za chwilę mieć będę. Pięć lat temu byłam singielką samotną, wprawdzie na kierowniczym stanowisku, ale znudzoną tym, co ma i negatywnie nastawioną do świata. Miałam pewne marzenia, ale potrzebowałam czasu, by zrozumieć, że marzenia to mało, że muszą stać się celami, określonymi w czasie. Kiedy to odkryłam, wszystko zaczęło się, krok - po kroku spełniać.
niedziela, 02 listopada 2014
Poranna lektura "Wprost". Wchodzę w link. Malala Yousafzai, 17 - letnia dziewczyna, która otrzymała ostatnio Nagrodę Nobla, przekazuje 50 000 dolarów na odbudowę szkół w Strefie Gazy. Jestem wzruszona. Jestem wzruszona niezłomnością i wiarą tego dziecka, od kiedy zaczęłam o nim słyszeć. Punktem zapalnym, który sprawił, że ta dzielna młoda kobieta - choć jeszcze przecież dziecko - zaczęła angażować się w kwestie pokoju i wolności kobiet pakistańskich, był terror edukacyjny. Malala chciała się kształcić, tymczasem terror wprowadzony przez talibów wobec szkół edukujących kobiety przekroczył jakiekolwiek granice człowieczeństwa. Malala szybko stała się wrogiem, odważyła się powiedzieć "NIE" terrorowi. Jej blog coraz szybciej zyskiwać zaczął fanów, a oczy publiki świata znowu otworzyły się na troszkę już zapomniany temat praw kobiet w Pakistanie. Malala musiała się ukryć. Pomoc zaoferowało USA. Talibowie zagrażali jej życiu. Została przez nich nieomal zabita - kulami w głowie i karku, bo tak celowali bandyci.