Menu

COACHA ZAPISKI, CZYLI WARSZTATY Z CODZIENNOŚCI

Agata Sosnowska, pisarka, szkoleniowiec, polonistka, studentka psychologii w Wyższej Szkole Finansów i Zarządzania w Warszawie. Prywatnie domatorka, zakochana w swojej rodzinie, wielbicielka książek i fanatyczka seriali. Uczy polskiego, pracuje nad thrillerem, pija kraftowe piwa, cuduje z daniami wegetariańskimi i robi wszystko, by życie jej i jej bliskich było pełne uśmiechu. Tu znajdziesz Agatowe rady, co czytać, co obejrzeć, ale i sporo refleksji nad życiem, gdzieś między jedną recenzją, a drugą. Zapraszam. Rozgość się u mnie.

Dunya Mikhail, „Pszczelarz z Sindżaru” – recenzja

dobrycoach

Dziś przedstawiam Wam reportaż, licząc na to, że zaspokoję potrzeby tych spośród Was, którzy wolą oglądać rzeczywistość, niż pogrążać się w fantazji. Często prosicie mnie o recenzje reportaży, a ja rzadko je zamieszczam. Waszym zdaniem: za rzadko. W ramach rehabilitacji „Pszczelarz z Sindżaru” – wstrząsający obraz prześladowań i piękny obraz tego, czym są empatia, miłość i gotowość do niesienia pomocy drugiemu człowiekowi, nawet za cenę własnego życia.

Dunya Mikhail to irakijska poetka, dziennikarka i autorka wstrząsających i wzruszających książek, poruszających problem kobiet w islamie. Jej najnowszy reportaż to autentyczna historia człowieka, który ryzykował wszystkim, by pomagać w ucieczce i powrocie do bliskich kobietom porywanym w Iraku przez ISIS.

Daesh, słowo oznaczające w języku arabskim „miażdżyć”, „niszczyć”, „roztrzaskać”. I nowa nazwa dla Państwa Islamskiego. Stworzona przez terrorystów. Daesh morduje życie, które nie wpisuje się w jego rozumienie Koranu (zbyt dosłowne). Niszczy wioski, roztrzaskuje rodziny, miażdży dusze i serca. Szczególnie narażeni są na jego gniew arabscy chrześcijanie. Ci giną od razu, chyba że są młodymi kobietami, dziewczynkami. Wówczas trafiają na targ niewolników, gdzie można je kupić i pojąć za żony, będąc prawilnym wyznawcą Daeshu. Filozofię życia Daesh wybija w umysłach przemocą, strachem i molestowaniem seksualnym. Nie tylko chrześcijanki są narażone na gniewny palec Daeshu. Ekstremiści mordują każdego, kto „nie pasuje” do Nowego Państwa Islamskiego. Mężczyzn, starców i dzieci męskiej płci. Kobiety trafiają do nowych mężów, gdzie uczone są pokory i gdzie mają rodzić właściwych obywateli. Zmuszane do świadczenia seksualnych usług są już dziewięcioletnie dziewczynki. Niewiele nas to obchodzi w bezpiecznym kraju, gdzie nikt nie narusza naszej nietykalności bezkarnie, gdzie jesteśmy podmiotem, prawda? Żyjemy wygodnie, w dobrobycie i poczuciu nieograniczonych możliwości. Tymczasem gdzieś w innym końcu świata kolejna kobieta pada ofiarą przemocy. I ktoś, przypadkowa często osoba, biedna, bez luksusów, jakie mamy Ty i ja, udziela jej pomocy. Pomaga uciec od oprawcy i odnaleźć bliskich, którzy jeszcze żyją. Siatka cichych bohaterów, pomocników, działających w milczeniu, jest silniejsza, niż strach i terror. Przypadkowy sprzedawca arbuzów, kobieta prowadząca krowy, czy kierowca taksówki, niczym pająki, oplatają siatką pomocy, niewidzialną dla Daeshu. Sami ryzykując życie. Ofierze pomagają dotrzeć do domu, do bliskich lub bezpiecznie przejść przez granicę z Turcją. Udzielają pomocy psychologicznej i lekarskiej. Bezimienni bohaterowie, skromni, żyjący często w fatalnych warunkach, oferują obcym to, co mają najcenniejsze: wsparcie.

Wśród nich znajduje się Abd Allah Szrem, skromny i uczciwy pszczelarz, który od lat pomaga w ucieczce porwanych przez Daesh kobiet oraz w odnalezieniu ich przez rodziny, często latami szukające sióstr, matek, czy córek. Jego opowieści wzruszają i przerażają. Nie ma tu patosu, wielkich słów. Trudne i prawdziwe historie prostego człowieka scalają się z głosami ich bohaterek, tych, które przeżyły i bezpiecznie odnalazły przystań rodzinną.

To wartościowa książka, bardzo przypominająca mi wojenne losy Polaków, którzy ratowali Żydów przed tymi, którzy chcieli ich skrzywdzić. Wspaniała, odsłaniająca pewne prawdy o muzułmanach, których wielu spośród nas nie chce postrzegać, jako podobnych nam i dobrych. To także książka o sile kobiet i o odwadze ludzi, którzy nie mając nic, oddają wszystko.

Bardzo polecam. Za egzemplarz recenzencki dziękuję Księgarni Tania Książka. Więcej reportaży znajdziecie na stronie Księgarni!

pszcz2pszcz1

Edward St. Aubyn – „Dunbar” – recenzja

dobrycoach

Jakoś wyjątkowo paczka książek z ukochanej Taniej Książki „dobrała” mi się nie tylko kolorystycznie, ale i pod względem tempa, z jakim się je czyta. „Dunbara” połknęłam w jakieś dwie godziny. Nie znam poprzednich powieści autora, ekranizacji też nie. Chyba piękna oprawa i rekomendacje kilku znaczących gazet mnie zachęciły. I jak bardzo się teraz cieszę, że tak się stało.

Tu się wszystko dzieje, jak w amerykańskim filmie. Szybko, bez zbędnych komentarzy. I jak oryginalnie jest! Oto Dunbar, jedno z najbardziej rozpoznawalnych nazwisk w światowym biznesie. Obecnie sfrustrowany osiemdziesięciolatek, którego dwie wyrodne córki wsadzają do domu opieki dla psychicznie chorych, mając chrapkę na fortunę. Pomaga im w tym osobisty lekarz ojca. Dziadek jest jednak sprytny. Z nowymi przyjaciółmi, czyli cierpiącą na zaniki pamięci podstarzałą celebrytką i zapijaczonym komikiem w podeszłym wieku, Dunbar zwiewa z ośrodka na wózku golfowym. I tu zaczyna się jego przygoda. Dunbar gubi się w parku przyrody (amerykańskim, dodajmy, więc łatwo domyśleć się, co go czeka). Złe córki torturują wszystkich, którzy stają im na przeszkodzie. Pojawia się też Kopciuszek, czyli wyrodna i wydziedziczona córka, jedyna, której nie zależy na pieniądzach. Plus parę innych, barwnych postaci.

Nie jest to książka ambitna, ani trudna. Nie straszy, nie intryguje. To znakomity komediodramat, napisany lekko i przyjemnie. Chce się go czytać! Trochę „Dynastia”, trochę „Moda na sukces”, trochę Bear Grylls. Odpoczniesz przy tej powieści, trochę jak na dobrym kinie. Popcorn przygotuj. Odpoczęłam przy „Dunbarze” i uprzyjemniłam sobie czas tą lekturą. Nie zawsze mam ochotę siedzieć w zbrodniach, pisać o zbrodni, albo babrać się w historii. Myślę, że ta książka ma potencjał na dobry serial, w stylu „Raya Donovana”. Jeśli potrzebujesz lekkiej lektury na krótki wyjazd do SPA lub podróż pociągiem, sięgnij po nią.

Za egzemplarz dziękuję ukochanej Księgarni Tania Książka. Więcej nowości znajdziecie na stronie Księgarni! Zachęcam!

dunbar

„Zamiana” Rebecca Fleet – recenzja

dobrycoach

Bardzo lubię takie czytadła. Uciekam dzięki nim na chwilę z mojego bezpiecznego świata, daję się zastraszyć, oczarować i zaplątać wśród postaci i miejsc. „Zamiana” mnie nie zawiodła pod tym względem. Troszkę przypominała mi „Zapisane w wodzie”, troszkę „Grzesznicę” – jest mrok, jest poczucie winy. I dałam się autorce zaskoczyć.

Caroline to matka i żona, kobieta w średnim wieku. Pojawienie się synka wiele zmieniło w życiu jej rodziny i relacjach z partnerem. Jest zmęczona, znudzona, miewa dosyć wszystkiego. Ten stan zna każda matka i nie wierzę, że są takie, które (od czasu, do czasu) nie pragną uciec ze swojego życia, choćby kochały je najbardziej na świecie. Sytuacji nie pomaga fakt, że jej mąż coraz bardziej pogrąża się w depresji, stopniowo uzależniając się od leków psychotropowych i oddalając od żony i dziecka. Nic dziwnego, że młodszy o osiem lat kolega z pracy staje się atrakcyjną odskocznią od problemów i smutnej rzeczywistości. Chemia między Caroline a Carlem jest silniejsza, niż wszystko. Niestety, jak to w życiu bywa, romans szybko wychodzi na jaw.

Mija czas. Bohaterka próbuje posklejać rysy w rozbitym związku z mężem. Starają się zresztą oboje. Francis przestaje brać leki i wraca do pracy. Caroline całą uwagę poświęca na odbudowie kruchej relacji. Pewnego dnia wpada na pomysł, by skorzystać z coraz popularniejszej w Anglii formy spędzania wolnego czasu, jaką jest zamiana mieszkań. Rejestruje się online i znajduje ciekawą ofertę. To okazja, by na nowo spojrzeć na swoje małżeństwo. Synek zostaje pod opieką babci, a ona zabiera męża na tydzień w zupełnie obce miejsce.

Niestety, przeszłość wraca w brutalny sposób. Miejsce odpoczynku pełne jest nieprzypadkowo zostawionych drobiazgów, należących do Carla. Nie wiadomo, kto je podrzuca. Jednocześnie na scenie pojawia się dziwna sąsiadka. Caroline coraz mniej rozumie, co się dzieje wokół niej. Francis zaczyna na nowo podejrzewać żonę o zdradę. Wydarzenia sprzed kilku lat odzywają się w pamięci. Kobieta coraz mniej wierzy w dobre intencje właściciela domu i coraz bardziej boi się o to, z kim zamieniła się na mieszkania.

Więcej nie zdradzę, bo dzieje się dużo. Czytadło, które wciąga. W sam raz na wolny wieczór lub niedzielne popołudnie. Dobra zabawa gwarantowana. A więcej bestsellerów znajdziecie w Taniej Książce, od której otrzymałam swój egzemplarz recenzencki. Zapraszam do zakupów!

zamiana

Wszystkie karty z możliwych

dobrycoach

Niby dzień, jak każdy inny, niby spuścizna po komunie, ale jednak Warszawa jakaś taka uroczysta. Panowie z bukietami, uczniowie od rana zasypują nasze stoły czekoladkami, ciastem i kwiatami. I dobrze. I super. Ja tam lubię świętować. I kocham czuć się wyjątkowa. Bycie kobietą to piękny przywilej natury. Ale i obowiązek.

            Pierwszym obowiązkiem kobiety jest miłość do siebie. Bezwarunkowa. Każda z nas spadła kiedyś z wysokiego konia, a może i regularnie spada. Czy przyjaciółce w takiej sytuacji powiedziałabyś: „Ty kretynko, znowu Ci nie wyszło!”? Nie. No to dodam (któryś już raz), że najlepszą swoją przyjaciółką jesteś Ty. Nie wyszło, trudno, na huk drążyć temat. Nie wyjdzie jeszcze milion razy i wyjdzie trzy miliony. Życie. Bezwarunkowa miłość do siebie. Tak. Trudno o nią, wiem. Nasze ciała i dusze są narażone na pokaleczenia dużo bardziej, niż ciała i dusze mężczyzn. Stereotyp, Sosna? Wiecie, że nie lubię rozdzielać ludzi według płciowych licytacji, kto ma więcej, a kto mniej może, ale fakt jest taki, że facet nie musi pamiętać o wklepaniu kremu z retinolem przed snem, choćby nie wiem, jak byłby zmęczony. Bo jeżeli nie wklepie, to wszyscy rano będą widzieć, że ma suchą skórę na twarzy. Facet nie musi rano poświęcać miliona nanosekund na wybór cienia do powiek i szminki, bo chodzi sobie bez makijażu i nikt nie pyta, czy dobrze się czuje. My musimy. Bo od nas wymaga się dobrego wizerunku i – sorki – nie dziękujmy mediom współczesnym, ale całej historii cywilizacji, która wyniosła nas na poczet zwiewnych nimf. Kleopatrze, Goethemu, Mickiewiczowi, malarzom romantycznym i Szekspirowi. Dorobek cywilizacji zobowiązuje. Golimy nogi, pachy, chodzimy do fryzjera. Walczymy z nadwagą, z małymi cyckami i rozlanymi pośladkami. No i przyjmijmy sobie, że tak już zawsze będzie, bo ta walka o piękno i utrzymanie go jest niejako wyssana przez nas z cywilizacyjnym mlekiem spuścizny po naszych przodkach damskich i męskich. Będziemy walczyć z włoskami nad górną wargą, wągrami i cellulitem. No i walczmy. Bo jesteśmy kobietami i takie nasze prawo. Kochając przy tym siebie. Współczesne media kreują te nasze odwieczne potrzeby, jako naszą słabość. Stoi zatem sobie taka Basia i komentuje: „Jolka goli pipkę, wiecie? Poddała się patriarchatowi na maksa. Maluje też rzęsy i raz użyła lakieru z brokatem!” Gośka zaciąga się szlugiem i dodaje: „Co za baba! Zniewolona!”. I potem biedna Jolka już nie wie, czy golić te nogi, czy podziękować, jak Mirek skomplementuje, czy sprawę o molestowanie mu zakładać od razu. A gdzie równowaga? Kochajmy siebie bezwarunkowo, to i równowaga będzie. Czasem Mirkowi podziękujemy, a czasem zabijemy go wzrokiem, nawet nie odwołując się do „Avada Kedavra!”. Czasem ogolimy nogi i założymy mini, a czasem w poplamionym dresie siądziemy sobie w fotelu z miską popcornu, puszczając ciepłe bąki przy seansie „Gillmore Girls”. Dajmy sobie do tego wszystkiego prawo! Kochajmy się bezwarunkowo. I nie dajmy sobie wmawiać, że coś z nami jest nie tak. Panie Piękne, w miłości do pachnącego balsamu i szelestu reklamówek z ciuchami nie ma nic złego. Rozpieszczajmy się. Bojkotujmy hasła typu „W świecie pełnym Kardaszianek, bądź jak Curie”. A w dupie z tym. Wszystkie chcemy być i piękne i mądre. I bądźmy takie. Nie wstydźmy się tego, że lubimy posłuchać Backstreet Boys (gimby nie znajom), popijając wino, z maseczką z glinki na gębie. Nie wstydźmy się tego, że mamy okres, więc nasza twarz wygląda, jak las tropikalny, w którym mokro, parno i niebezpiecznie. Nie wstydźmy się tego, że potrzebujemy miłości i wsparcia, że nie samej bywa ciężko. Nasze cechy nie są oznaką słabości. Są nami! I nie ma w tym nic słabego. Losy świata dowodzą, że jaja mamy ze stali. Nosząc maseczkę z węgla aktywnego na zapryszczonym nosie, byłabym w stanie jednocześnie przebiec maraton, gdyby ktoś z moich bliskich znalazł się w potrzebie. Kiedyś jeden chłopak złapał mnie za tyłek na jakimś apelu. Rozbiłam mu krzesło na głowie. Jestem bardziej zorganizowana, niż niejeden facet, którego znam. W chwili najbardziej niebezpiecznej przyczajam się, jak jaguar, skupiam się i myślę jasno. To też wyssałam z mlekiem cywilizacji. Jeśli mam ochotę, jestem słaba i daję się nosić na rękach ukochanemu. Jeśli mam ochotę, jestem wampem z czerwoną szminką na ustach. Jeśli mam ochotę, cały dzień spędzam w kuchni, gotując makarony i piękąc ciasta, przy wtórze Radia Złote Przeboje. Czasem wrzeszczę, czasem przytulam. Daję sobie prawo do wszystkiego, bo jestem cholernie wspaniałą istotą. Kobietą. A to oznacza, że w ręku mam wachlarz, w którym znajdują się i dwójka kier i Joker. Wszystkie karty z możliwych. Kocham je i akceptuję. Każdego dnia. A dziś szczególnie.

            Z dedykacją dla wszystkich Kobiet. Kochajcie siebie. Bezwarunkowo.

                                                                                                          Wasza Agata.

Poker13

O urodzajach w miłości

dobrycoach

Miałam się zająć dziś zupełnie innym tekstem, ale tak mi jakoś ta miłość po głowie chodzi. Ludzie mawiają mi często, że fajnie mam. Że mam świetną rodzinę, męża kosmicznie dobrego i że widać, że jesteśmy szczęśliwi. Ano, jesteśmy. Ale to się nie dzieje samo z siebie. Wiele razy było każde z nas blisko spakowania walizek, albo kopnięcia drugiego w tyłek raz na zawsze. Ile razem żeśmy przeszli, to książki można pisać. Za chwilę stuknie nam 9 lat. Czaicie to? Ja nadal nie bardzo. I jesteśmy – w wersji dwa plus jeden, najlepszej z możliwych. W czasie, gdy coraz częściej słyszymy o rozpadających się związkach, rozwodach, zdradach i innych koszmarach, jesteśmy. Nie wiem, czy nasze sposoby są jedynymi słusznymi. Dla nas są na pewno. Podzielę się dziś nimi z Wami, bo może ktoś z Was właśnie takiego tekstu potrzebuje (a o teksty o miłości w wiadomościach prosicie mnie najczęściej, serio!).

Lojalność. Nie wyobrażam sobie omawiać z kimkolwiek jakichkolwiek problemów w moim związku poza partnerem. To dosyć zaniedbana zasada w dzisiejszych czasach. Koleżanki rzucają tekstami o częstotliwości pożycia seksualnego równie często, jak uwagami o tym, że jest zimno, albo grypa panuje w Warszawie. OK. Lojalność nie oznacza, że nie podzielę się luźną uwagą na temat w stylu „Znam to..”, „To normalne…”, „Bywa w każdej relacji tak i siak”. Natomiast wszelkie problemy zostawiam tylko nam. Jeśli czuję, że dzieje się coś niedobrego, dzwonię do mojej siostry, Aśki. Najczęściej w sytuacji, gdy przeżywam kryzys wieku średniego, czyli średnio raz na trzy lata. Lojalność to podstawa. I – z tego, co widzę – najlepsze związki, które znamy, opierają się właśnie na niej.

Uczucie. Gadajcie, co chcecie, nie wierzę, że miłość może się skończyć. Albo się kogoś kocha, albo się go nigdy nie kochało, tylko się próbowało przypudrować sobie życie na wygodniejsze. Owszem, miłość się zmienia. Każdy z naszym stażem to wie, heloł. Godzinne wybieranie majtek z koronką w sieciówce zamienia się na robienie ulubionego żurku w niedzielę. Bez uczucia pozostaje nicość lub wyrachowanie. Tkwienie w związku z osobą, której się nie kocha, albo która nie kocha nas, to najgorsza forma samobójstwa, jaką możemy sobie zafundować. I oszustwa. Znam, znam takie osoby. „Nie kocham go, ale łaskawie z nim jestem”. „Nie kocham jej, ale kredyt jest na nią”. „Nie kocham go, ale są dzieci”. „Nie kocham go, ale wygodnie żyje się razem”. I tak się starzeją obok siebie jeden z drugą, w bardzo wygodnym kłamstwie. Albo na Facebooku status dżipies, a w realu wakacje osobno, mieszkania osobno, życie osobno. Przyzwolenie na kochanki, kochanków i zdrady to już mnie w ogóle zadziwia. Unikamy takich ludzi, takich związków, bo są toksyczne. Podświadomie boimy się oboje, że nas przytrują. Niestety, wierzymy w bardzo starą definicję miłości, opartą na lojalności i wierności, a także na uczciwości.

Emocje. Wyrzucamy je z siebie i dzielimy się nimi, nawet jeśli są bardzo przykre i smutne. Jeśli się na siebie wkurzamy, to mówimy o tym sobie, albo krzyczymy (zdecydowanie częściej). Ale umiemy powiedzieć „przepraszam”, jeśli nasze emocje zrobiły drugiemu krzywdę. Tu staroświecka zasada, że mężczyzna jest zawsze winny i powinien pierwszy przeprosić, zupełnie się nie sprawdza, choć przesycone nią były wszystkie powieści dla pensjonariuszek, którymi karmiły nas stare ciotki i zgorzkniałe babki. Jeśli doszło do kłótni to – niestety – winni są boje. Pan zawinił. Pani zawiniła. Warto się z tym pogodzić. Coś do tej kłótni doprowadziło. I to „coś” leżało po obu brzegach rzeki. Nie spadnie nam z głowy korona, jeśli wyciągniemy pierwsi rękę, nawet jeśli jest to komunikat „zrobiłeś/aś mi przykrość i jest mi smutno”. Niestety, nie wierzę w jakość związków, w których jedna sfochana jaśniepanienka lub nadęty książę oczekują wiecznej atencji i kajania się przed nimi.

Obdarowywanie. Kolejna istotna sprawa. Obdarowujmy się na co dzień. Drobiazgami. Czasem. Propozycją herbaty wieczorem. Chwytaniem się za rękę podczas spaceru. Buziakiem. Ulubioną przekąską, dorwaną w sklepie. Uważnością. Patrzeniem w oczy. Miłym słowem. Bez tego związek umiera.

Codzienne radości. Znamy trochę par, w których nuda zdominowała życie. Czasem są to ludzie z naprawdę ogromnymi sumami na kontach, wielkimi chatami i autami. Ludzie, którym nie brakuje kasy i możliwości. I oni tak se siedzą w tych kurortach, jedno i drugie w telefonie, żujące gumę z nudy, bo oto ma wszystko, więc czym tu się cieszyć. Codzienne radości budują szczęście. Wspólnie pieczone ciasteczka, sprzątanie w sobotę, uwieńczone piwem i seansem filmowym w czystym salonie. Spotkania z bliskimi, Scrabble, uporanie się z jakimś problemem mniejszym lub większym. Jeśli ludzie dążą do tych codziennych radości, utrzymują optymalny poziom szczęścia w życiu we dwoje. Jeśli żartują, jeśli śmieją się razem, jeśli chcą siebie zaskakiwać drobiazgami. Jeśli patrzą w tym samym kierunku, dążąc do tego, by było coraz lepiej, ale dobra materialne nadal nie są najważniejsze.

Tak się dziś pomądrzyłam. Sami tego chcieliście. Na koniec powiem tak. Jestem lękliwą i smutną optymistką z tendencjami do zaburzeń obsesyjno – kompulsywnych oraz ofiarą własnego perfekcjonizmu. Trudno czasem ze mną wytrzymać bliskim, bo w dodatku lubię się mądrzyć i bywam narcyzem. A jednak od 9 lat udaje mi się tworzyć jeden z najlepszych związków, jakie znam. Wszystko się da. Weźcie sobie coś z tych moich uwag, albo wymyślcie swoje kodeksy. Powodzenia!

jabkomio

© COACHA ZAPISKI, CZYLI WARSZTATY Z CODZIENNOŚCI
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci