Menu

COACHA ZAPISKI, CZYLI WARSZTATY Z CODZIENNOŚCI

Agata Sosnowska, pisarka, szkoleniowiec, polonistka, studentka psychologii w Wyższej Szkole Finansów i Zarządzania w Warszawie. Prywatnie domatorka, zakochana w swojej rodzinie, wielbicielka książek i fanatyczka seriali. Uczy polskiego, pracuje nad thrillerem, pija kraftowe piwa, cuduje z daniami wegetariańskimi i robi wszystko, by życie jej i jej bliskich było pełne uśmiechu. Tu znajdziesz Agatowe rady, co czytać, co obejrzeć, ale i sporo refleksji nad życiem, gdzieś między jedną recenzją, a drugą. Zapraszam. Rozgość się u mnie.

Kaskader polskiego rapu. Taco

dobrycoach

Taco Hemingwaya pokochałam od pierwszej płyty. Uwielbiam jego soczysty rap. Fotografowanie rzeczywistości przez bardzo smutny i bardzo brudny filtr. Oto moje pokolenie, uzależnione od telefonów, rozmów o niczym, alkoholu i prochów. Uzależnione od idealnej wizji siebie, prezentowanej w mediach społecznościowych, kreujące się na lepsze, ładniejsze, mądrzejsze pokolenie ludzi wymiętych przez zewsząd docierające informacji o tym, co trzeba i czego nie wolno. Ludzi uzależnionych od wizerunku i niedbających o ducha. Taco jest przykrym fotografem. Nie umkną przed jego okiem i tnącym, jak żyletka, słowem, ani emocje, ani zachowania, ani wartości, ani poglądy. Dostrzeże wszystko i poda słuchaczowi na tacy, jak fascynującą, choć niezbyt smaczną potrawę, której zjedzenie zmienia raz na zawsze postrzeganie rzeczywistości. Słuchałam Taco i widziałam w jego tekstach mój świat. Kiwałam głową, bo tak bardzo to wszystko mi znane.

W 2016 przyszła płyta "Marmur". Formą zbliżona mocno do "Kwiatów polskich" Tuwima opowieść o Filipie Szcześniaku (prawdziwe imię i nazwisko Taco), który trafia do tajemniczego hotelu Marmur. Najlepszy projekt gatunku od czasów "Kinematografii" Paktofoniki w 2000 roku. Geniusz "Marmuru" przywala mnie za każdym razem, gdy słucham. To jest powieść. Rapem pisana, rymem pisana, ale powieść z wieloma wątkami autobiograficznymi. W końcu bohater jest alter ego Taco. Jest w niej coś z "Czarodziejskiej Góry" Manna, jest coś z "Lśnienia":

A więc znalazłeś się w Hotelu Marmur
Zażywaj słońca i jodowanego powietrza
Ciesz się szumem drzew, bulgotaniem morza
I niestworzonym krzykiem lokalnego ptactwa, cicho tam!
Dorywa cię wieczorna melancholia?
Udaj się do sali bankietowej i poznaj współtowarzyszy turnusu
Nie rób głupstw, Filip, masz tu wypocząć!
Bogata oferta alkoholowo-gastronomiczna
Niecodzienna architektura
Brak rozkojarzającej technologii
Obowiązkowa psychoterapia, kursy tańca
Nie robienie głupstw
Wykwintne wieczory z wykwintnymi gośćmi
Witaj w Hotelu Marmur

Muzycznie uczta. Jest tłusto, ale melancholijnie. Tak, że jednocześnie robi się na duszy dobrze i bardzo smutno. Idealna płyta do słuchania w podróży, do słuchania, gdy siądziesz z kubkiem herbaty lub drinkiem w ciszy i po prostu zagłębisz się w historię. Z resztą, Taco nigdy nie był raperem do słuchania w tle. Go się słucha, jakby czytało się powieść ukochanego pisarza. Tak, żeby nie uronić ani słowa.

Panowie jedzą befsztyki, z których krew kipi
Na obrusie leżą pliki, dama krzyczy leć w piki
Jeden stracił swój majątek, kolor, portfel - jest nikim
Łysy wygrał parą piątek, zastosował blef dziki
Chciałbym się wyciszyć, na to widok jest nikły
"Brać złodzieja, brać złodzieja" ten nasz łysy lew krzyczy
Drugi pokerzysta dzida, jakby szybki bieg ćwiczył
Ja spoglądam, wielkie okna, tak jak inni chcę ciszy
Chcę tylko ciszy
Chmury płaczą jak nastolatki na Titanicu, panowie patrzą jakby każdy mógł zabić dla kwitu, dyrygent łzawy, bo te chamy nie dają napiwków, a panny staników
Ale mimo to gra tu dla VIPów
Znany piosenkarz wymachuje swym szmalem z ZAiKSów
Ja zdaje sobie sprawę, widzę tu masę artystów
Tańczą jak chochoł, łycha chochlą beż żadnych namysłów
Emocje gołe, wchodzą boso na plażę nudystów

Bogata uczta dla ducha. A "Deszcz na betonie" to jeden z moich ulubionych utworów o miłości. To opowieść o samotnym człowieku, który nagle znalazł się w świecie, który dusi przesytem wszystkiego. "Marmur" utwierdził mnie w przekonaniu, że Taco to typ genialnego, samotnego barda. Jego twórczość ogromnie przypomina mi twórczość Wojaczka, Bursy i Stachury, o czym za chwilę... Bo żyłam tak w miłości do niego do czasu, aż nie pojawił się na rynku "Szprycer", a następnie duet z Quebonafide. I mój ideał runął z wielkim hukiem na bruk krytyki. Słuchałam, słuchałam i za bardzo bit kojarzył mi się z disco. A disco to komercja. Nie kupiłam przekazu tego albumu. I na trochę się na Taco obraziłam. Sprzedał się. Zaczął robić szajs, żeby zrobić hajs. Słabo. Aż kiedyś przyszło mi do głowy pytanie: A co? Miał wsadzić głowę do piekarnika i puścić gaz, czy powiesić się? Czy wówczas dopełniłby obrazu kaskadera literatury? Liryka "prawdziwego"? Takiego, który cierpi, widząc, co dzieje się dookoła, ale który jednocześnie kocha i ten świat i to cierpienie, bo z niego idzie wena? W końcu tak zrobili wszyscy wielcy, których poezję zaczytywałam do bólu przez całą młodość. Wojaczek pisał, pił i szukał we Wrocławiu idealnego miejsca na to, żeby się powiesić. Czy gdyby miał do dyspozycji studio nagrań i Internet, zakończyłby na sznurze? A może egzystencjalny ból i poszukiwania tożsamości przekułby na eksperymenty, jak Taco? Bo Taco odważył się na eksperyment, inaczej tej płyty nie da się nazwać, eksperyment, za który część go pokochała, a część nie. Bardzo czekałam na to, co będzie dalej. Myślę, że gdyby Taco zamknął się w obszarze nurtu Taconafide, nie słuchałabym go już nigdy. Nie dostrzegam w niej głębi.

Ale oto pojawiła się "Cafe Belga". I moja miłość wróciła ze zdwojoną siłą. Nie mogę przestać słychać tych utworów. Czuję tu Wojaczka, Bursę i Stachurę. Przesycenie życiem i jednocześnie łaknienie tego życia. To rap realistycznych fotografii społeczeństwa, wąsatych Januszy, dziewcząt gotowych oddać ciało za chwilowy dotyk sławy i luksusu, to kolaż zdjęć tworzonych na pętli ZTM i w najdroższych hotelach. Jest tu zapach życia, miks wszystkiego. Ale to nie wszystko. Taco, który na co dzień nie udziela wywiadów i jest chyba jednym z najmniej medialnych raperów, zrobił coś, czego oczekiwali od niego ci, którzy słuchając duetu z Quebo, zadawali sobie pytanie: "Why?", robi coś wyjątkowego. "Cafe Belga" to odpowiedź na to, jakie wiadro pomyj się wylało się na niego po poprzedniej płycie. To szczera do bólu opowieść o chłopaku, który od 11 roku życia, gdy chłopak siostry zabrał go na koncert, słucha rapu. O chłopaku, który dziś - mając wszystko - tęskni za latami, gdy po Warszawie jeździł ZTM-em. To opowieść o chłopaku, dla którego nie ma znaczenia, czy występuje w najdroższym klubie, czy w małym miasteczku. To opowieść o jego dialogu z rodzicami, z przyjaciółmi. To intymna odsłona tego, co dzieje się za kurtyną. To rozliczenie dziennikarzy, rozliczenie swojej przeszłości. Ujawnienie swoich lęków przed tym, co będzie. To obraz zwykłego chłopaka, którego wrażliwość i pióro wyniosły w przestrzenie, które nie do końca mu odpowiadają. Chłopaka, który nie chce reklamować wódki, choć ojciec mówi, że powinien korzystać ze swoich pięciu minut. Chłopaka, który marzy o miłości, czyta, ogląda, słucha i któremu sztuka daje ukojenie. Wspaniała płyta. Słucham, jak zaklęta.

Ale to nie koniec. Jestem po odsłuchaniu nowej epki Taco - "Flagey". I mój mózg został rozsypany na milion kawałków. Teksty, tło muzyczne... To mój ulubiony projekt Taco. Zaledwie pięć kawałków, które tak doskonale mówią o tym, kim jest nasze społeczeństwo, że komentarz mój jest całkowicie zbędny. Tłuste, soczyste bity, doskonałe metafory. Włączcie sobie utwór "Anja":

Boli mnie społeczeństwo oraz jego postulaty
I mam wrażenie, że ten męski kodeks podupadły
Dziewczyny chcą miłości, ziomuś, a nie ozdób z Prady
Nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, są uwięzieni we sen
Chcieli "I love you" i "Te amo", potem chcieli "Je t'aime"
Pragną mieć miłość idealną jak widzieli we "Friends"
Choć znowu małe szanse na to, by przejrzeli ten tekst
To dla nich kleję ten wers, to dla nich kleję ten wers
Bo szkoda jest mi w sumie wszystkich, którzy wierzą we flex
Nie wierz uśmiechom ludzi, które wciąż się leją ze zdjęć
Mam nadzieję, że pomogę, jak się zwierzę z depresji

Taco jest geniuszem. Jest bardem, który spisuje świat. Świat nie zawsze piękny, najczęściej fałszywy, brutalny, świat, w którym wartościami są pieniądz i ciało. Ale jest i bardem - wrażliwcem. Ponad całym syfem, który opisuje, jest coś pięknego. Przekaz, że możesz olać maski. Że możesz wybrać dla siebie zawsze tę drogę, którą inni uznali za złą. Twórczość Taco uderza w kult jednostki wrażliwej, wyobcowanej, która czasem staje się marionetką w czyichś rękach, czasem fatamorganą czyichś oczekiwań, ale przecież takie jest życie. Taco oswaja nas ze wszystkimi jego odcieniami. 

P.S. Wszystkie płyty Taco możecie ściągnąć z jego strony. Za free. 

taco

 

 

© COACHA ZAPISKI, CZYLI WARSZTATY Z CODZIENNOŚCI
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci