Menu

COACHA ZAPISKI, CZYLI WARSZTATY Z CODZIENNOŚCI

Agata Sosnowska, pisarka, szkoleniowiec, polonistka, studentka psychologii w Wyższej Szkole Finansów i Zarządzania w Warszawie. Prywatnie domatorka, zakochana w swojej rodzinie, wielbicielka książek i fanatyczka seriali. Uczy polskiego, pracuje nad thrillerem, pija kraftowe piwa, cuduje z daniami wegetariańskimi i robi wszystko, by życie jej i jej bliskich było pełne uśmiechu. Tu znajdziesz Agatowe rady, co czytać, co obejrzeć, ale i sporo refleksji nad życiem, gdzieś między jedną recenzją, a drugą. Zapraszam. Rozgość się u mnie.

FEMINIZM UPRZYWILEJOWANY

dobrycoach
Chodził za mną ten tekst od jakiegoś czasu. Może to za sprawą mojej siostry. Podczas naszych rozmów przez Skype zawsze schodzi jakoś tak na tematy ważne. A różnice między Polską, a resztą Europy, zdają się być ogromne... I pewnie by tak we mnie ten tekst siedział, lub za mną chodził, aż bym zajęła się czymś innym, gdyby nie jedna różowa okładka, na którą trafiłam wczoraj w Sieci.

Najnowsza okładka "Wysokich Obcasów" wywołała we mnie najgorsze uczucia, a raczej jestem odporna i zdystansowana wobec mediów wszelakich. Nie będę rozpisywać się o tym, co myślę na temat Aborcyjnego Dream Teamu. Skopiuję swój post z Facebooka, ok?

"Przyznam, że mnie sieknęło to. I to bardzo. Jestem zwolenniczką wolnego wyboru w najbardziej intymnej sprawie, jaką dla kobiety jest sprawa jej macicy. Ale mam już dość tych pieprzonych manipulacji, jakie ci z prawa i ci z lewa stosują w najbardziej skrajnej formie, żeby nami manipulować, żeby nas ze sobą skłócić. Wysokie obcasy - to jest przegięcie manipulacyjne, równie obleśne jak to, które stosują organizacje prolife. Różowe tło? Serio? Najbardziej infantylne z możliwych? Aborcja jest ok? Serio? Chyba żadna z Was, drogie dziennikarki, nigdy nie doświadczyła aborcji, nigdy nie siedziała z przyjaciółką, która po zabiegu czuje się chujowo. Aborcji daleko do ok. Aborcja to konieczność, w której znalazło się wiele kobiet. Powinnyśmy mieć do niej prawo, ale pierdolenie, że jest ok, jest podłe. Infantylne, płytkie. Aborcyjny Dream Team - co to za hasło?! Infantylizacja jednego z największych problemów kobiet jest wstrętna. Obrzydliwa. Nie pomagacie, szkodzicie tak samo, jak organizacje prolife. Tfu".

Polskie feministki to jeden z tych tematów, które działają na mnie, jak przysłowiowa płachta na byka. Są totalnie oderwane od rzeczywistości, od problemów współczesnych kobiet. Kim są autorki kampanii "Aborcja jest ok"? Podobnie, jak rzesze tych niby postępowych "obrończyń" praw kobiet, mają w życiu bardzo uprzywilejowaną pozycję. Są białe, wykształcone, mieszkają w dużych miastach, zarabiają kilka średnich krajowych miesięcznie. W wolnym czasie czytają Sontag lub Vonneguta, pijają sojowe latte, wyjeżdżają na wycieczki do Indii i chodzą na jogę. Feminizm jest dla nich odskocznią od życia. Artystycznym performancem. Kampania społeczna, dotycząca praw kobiet, dobrze wyglądałaby, gdyby wyglądała, jak najnowsza kampania marki Reserved w Hali Mirowskiej. Hasło "Aborcja jest ok" to taki szokujący przekaz, prawda? Damy róż w tle, bo przecież walczymy ze stereotypami. I tak w ogóle, to jest sztuka, ta cała okładka, ta kampania. Tylko my, tępa gawiedź, zupełnie jej nie rozumiemy. A tymczasem życie wygląda zupełnie inaczej… Problemy kobiet też.

W 2002 roku trzymałam za rękę koleżankę, która właśnie dokonała aborcji. Widziałam, jak się czuła. Czułam to razem z nią. Dziesięć lat później inna koleżanka zdecydowała się na aborcję płodu, który był chory. Czekała na dziecko, na ciążę przez kilka lat. Usunęła, a wraz z tym usunęła całe swe serce i nadzieje. Więc, Drogie Panie Dziennikarki, nie pieprzcie, że aborcja jest ok. OK to może być nowy serial na Netflixie, albo dobry kraft. Ale nie aborcja. Aborcja jest koniecznością w wielu sytuacjach. Swoją akcją dałyście nam, Polkom, tym, które zawsze stoją murem za prawami macicy, po mordach. Oplułyście nas. Usunięcie płodu, chcianego, czy też nie, to nie jest wyrzucenie przeterminowanego serka Turek do kosza na śmieci. Powinnyśmy mieć prawo do aborcji. Same o sobie decydować. Ale potrzebna nam bardziej czułość, troska. Podanie miski, gdy po zabiegu kręci się w głowie. Przytulenie, gdy jedna z nas przeżywa żałobę po tym, jak okazało się, że jej dziecko jest zdeformowane i trzeba je usunąć. Przykrycie kocem, gdy płaczemy na kanapie. Wspieranie. Ale nie pieprzenie, że jest ok. Bo nie jest. OK może być decyzja o aborcji, jeśli tego chce kobieta. Ale nie sam zabieg.

Wasza kampania jest właśnie dowodem na to, że ten uprzywilejowany feminizm stoi na zupełnie innej planecie, niż Polki, niż nasze realne potrzeby. Wspaniale jest odpalić sobie modne wystąpienia Madonny, Witherspoon, czy Dody, kiedy tak wspaniale mówią nam o roli i prawach kobiet. Puścić je sobie, a potem udostępnić na Fejsie. Tyle, że to wszystko jest tak mocno oderwane od życia, że my – zwykłe kobiety – możemy tylko zrobić „facepalm” lub wkurzyć się. A jest na co! Bo jak wygląda współczesna feministka? Kilka grup dostrzegam. Skrajne, z innej planety, w opozycji do czynienia jakiegokolwiek dobra, a przecież takie było założenie sufrażystek! Robić dobro dla kobiet! Dzieląc się na następujące grupy, zapomniałyście o tym.

Wojująca z nudy – w tamtym roku któryś z portali feministycznych wrzucił tekst o tym, że golenie pach oznacza niewolnicze poddanie się mężczyźnie. Zapytałam, dlaczego portal nie zajmie się poważnymi problemami, jakie dotykają kobiety. Nie dostałam odpowiedzi, za to uaktywniła się Marta S., była koleżanka. Poemat napisała o tym, że tak, włosy są super, bo oznaczają wolność, niepoddawanie się facetom. Cóż, mi się wydawało, że w XXI wieku chodzi raczej o higienę, a udowadnianie niepoddawania się mężczyznom umożliwiają nam chociażby media, czy możliwość głosowania, założenia firmy lub wybudowania domu, ale ok. Dlaczego piszę o Marcie? Ano – zblazowana boho-matka, bardzo uprzywilejowana w życiu, biała, katoliczka, z bogatym mężem na koncie, znudzona. Z potencjałem – to fakt. Takim samym, jaki ma każda z nas, Drogie Czytelniczki. Z potencjałem, by robić coś dla tych, które same sobie nie poradzą! Ale co? Walka z włosami. Marta była tak oburzona tym, że wyśmiałam problem włosów, odnosząc się do higieny, że usunęła mnie z grona znajomych. Innym przykładem feministki wojującej z nudy jest dziennikarka, która w ubiegłym roku napisała na fan page’u Feminoteki tekst o tym, że jak mężczyzna mówi jej komplement, to ona czuje się znieważona. I że w XXI wieku sformułowanie „Ładnie wyglądasz” to dla kobiety obelga. Ponownie zapytałam, czy Feminoteka zamierza zająć się realnymi problemami kobiet, ponownie nie dostałam odpowiedzi.

Znawczyni polskiej fleksji – gdy słyszę formy typu „ministra”, „fotografka”, „uchodźczyni”, czy też „psycholożka”, to zalewa mnie krew. Może, gdybym nie była dyplomowanym filologiem polskim, miałabym to gdzieś. Nie mam. I mi zgrzyta.

Sugerująca wyższość płci żeńskiej nad męską – kolejna grupa. Te wszystkie super-hiper-wonder kobiety, które aż syczą z jadem, gdy tylko usłyszą, że najbardziej na świecie lubisz robić szarlotkę dla ukochanego i bawić się z dzieckiem. We wszystkim doszukują się tego, że świat sprzymierzył się przeciwko nim. Lubią szafować kurami domowymi, zniewoleniem. Często powtarzają, że facet kobiecie do niczego nie jest potrzebny. Bo wiadomka: faceci mają mniejszy mózg, twardsze serce i zawsze są wszystkiemu winni. Wiem, że za wieloma tekstami stoi osobista trauma, nieszczęście. Mąż mnie zdradził, więc teraz każdy mężczyzna jest zły. Nieustannie podkreślają samowystarczalność, siłę, której nie miałyby w związku z mężczyzną, albo przy dziecku. Lubią wyśmiewać te wszystkie kobiety, które po prostu szczęśliwie sobie żyją ze swoją rodziną.

Piętnująca dbanie o siebie – ostatnio usłyszałam od koleżanki, czy nie czuję się upodlona tym, że gdy schudłam, faceci się za mną oglądają. Koleżanka super i daleko jej do piętnującej dbanie o siebie, ale pytanie zostało mi w głowie. Jest bowiem taka grupa feministek, które myśl, że szata nie zdobi człowieka do tego stopnia sobie nadinterpretowały, że każdą biegającą po osiedlu, czy też ubraną w szpilki kobietę, zabijają dezaprobatycznym ruchem głowy. Niech sobie noszą te bluzy wielkie, niech sobie tyją, chudną, golą głowy i robią tatuaże na czole. Zupełnie mnie to nie obchodzi. Ale próba wmówienia mi, że maluję rzęsy, dbam o talię i noszę koronkowy stanik, bo mnie mężczyźni zniewolili jest tak durna, że bardziej się nie da. Piętnujące dbanie o siebie feministki spotkać można w Rossmanie. Kupując mydło marki Jeleń, podpatrują ukradkiem, jak wybierasz kolor fluidu i rajstopy i następnie stają za Tobą w kolejce do kasy, szepcząc: „Po co ci to? Bez tego nie będzie cię kochał?”. Nie znoszą, gdy kobieta wygląda atrakcyjnie, a jeszcze bardziej nie znoszą, gdy kobieta mówi, że lubi czuć się ze swoim ciałem seksi i lubi podobać się facetom.

Wykształcone, inteligentne, z dobrą posadą, szukają dziury tam, gdzie jej nie ma. Oderwane od prawdziwych problemów kobiet, zajmują się durnymi performancami, kampaniami, które nie dotyczą kobiet z planety Polska. I o ile z włosów pod pachami, czy komplementów można się zaśmiać, o tyle akcja z aborcją jest przegięciem pały. I tylko podkreśla, jak daleko uprzywilejowany feminizm odsunął się od życia. A feministki są nam potrzebne. I są wśród nas. Prawdziwe feministki to te, które walczą o swoje szczęście, odważnie, jak dziewczynki z „Rebbel Girls”. Nie boją się zmierzać ze smokami, błędnymi rycerzami, kosmatymi Sinobrodymi i milionem innych rzeczy, jak zrobienie zakupów z rozgorączkowanym dwulatkiem, jak przekonanie dwudziestu profesorów, że są w stanie zrobić świetny doktorat bez ich protekcji. Pocieszają koleżanki, które zostawiły kawał serca w klinice aborcyjnej, wspierają w decyzji o odejściu od męża koleżanki, które są bite. Niosą garnek z zupą sąsiadce, która jest przed wypłatą i nie ma, z czego zrobić obiadu dla dzieciaków. Prowadzą zebrania rodzicielskie w przedszkolu, spotkania z kluczowymi klientami. Oglądają stare odcinki „Archiwum X”, biegają, jedzą żelki, oglądają horrory i robią milion innych rzeczy. Podzielą się ostatnim tamponem, odbiorą telefon w środku nocy, gdy bliskiej osobie coś się stało. Reagują, gdy na ulicy dochodzi do przemocy. Ustępują miejsca ciężarnym w komunikacji miejskiej. Czasem pokurwią na świat. Oglądają „Friendsów” i „Bridget Jones”. Są normalne. Nie silą się na kreacje, nie wymyślają kolejnych niepotrzebnych kobietom bzdur.

Jestem feministką. Większość kobiet, które są mi bliskie, to feministki. Żadna z nich nie powiedziałaby, że aborcja jest ok. Każda z nich, gdybym zadzwoniła do niej, że leżę sama w klinice aborcyjnej i że jest mi źle, przyleciałaby na swojej miotle, choćby z dzieckiem na plecach i chochlą do zupy w dłoni, żeby podzielić się ze mną swoim wspaniałym sercem niezależnie od tego, czy jest prolife, czy prochoice. I to jest właśnie feminizm.

Bywamy silne, niezależne, wspaniałe. Nie zapominajmy o tych kobietach, które nie są w stanie same poradzić sobie w różnych sprawach codziennych. Pamiętajmy, że uprzywilejowana pozycja wymaga od nas realnej pomocy tym, które same sobie nie poradzą. Nie tworzenia różowych kampanii, w których – jak to ujęła moja koleżanka, Karolina – jeszcze tylko brokatu brakuje.

Pomyśl, czy obok Ciebie nie siedzi właśnie kobieta, która potrzebuje Twojej pomocy. I zrób coś dla niej.


© COACHA ZAPISKI, CZYLI WARSZTATY Z CODZIENNOŚCI
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci