Menu

COACHA ZAPISKI, CZYLI WARSZTATY Z CODZIENNOŚCI

Agata Sosnowska, pisarka, szkoleniowiec, polonistka, studentka psychologii w Wyższej Szkole Finansów i Zarządzania w Warszawie. Prywatnie domatorka, zakochana w swojej rodzinie, wielbicielka książek i fanatyczka seriali. Uczy polskiego, pracuje nad thrillerem, pija kraftowe piwa, cuduje z daniami wegetariańskimi i robi wszystko, by życie jej i jej bliskich było pełne uśmiechu. Tu znajdziesz Agatowe rady, co czytać, co obejrzeć, ale i sporo refleksji nad życiem, gdzieś między jedną recenzją, a drugą. Zapraszam. Rozgość się u mnie.

MOJA HISTORIA, CZYLI O TYM, JAK WYGRAŁAM Z NAJWIĘKSZYM WROGIEM

dobrycoach
Robię ten wpis na życzenie. Od kiedy w tamtym tygodniu wrzuciłam aktualne foto, dostaję codziennie mnóstwo wiadomości od Was z pytaniem: "Jak ja to zrobiłam?". Łatwiej będzie mi wrzucić post, niż każdemu rozpisywać się osobno i - nie oszukujmy się - na odpierdziel, bo w biegu inaczej się nie da. Więc to dla Was - wszystkich, którzy chcą pozbyć się nadmiaru ciała i którzy czują się beznadziejnie z tym, że tyle razy już nie wyszło.

Zacznę od tego, że na to, jak wyglądam teraz i na to, do czego dąży moje piękne ciało, pracowałam kilka lat. Tydzień przed moimi trzydziestymi urodzinami poroniłam w siódmym tygodniu ciąży, o której nie wiedziałam. Dowiedziałam się dopiero, gdy wylądowałam w szpitalu z silnym bólem brzucha i nagłym krwawieniem. Czy kobieta może nie wyczuć swojego organizmu do tego stopnia? Może. Zapewniam Cię, że tak. To był czas, gdy pracowałam w korpo, w zasadzie byłam już jakoś tak jedną nogą poza korpoświatem, który mnie zniszczył, jak niszczy każdego jednego pracownika (tak, Ciebie też, może nie od razu, ale po kilku latach na pewno). Jadłam byle co, najczęściej shit foody, które zapijałam ogromną ilością coli oraz piwem, bo przecież jakoś ten kortyzol cholerny trzeba uciszyć po ciężkim dniu. Wyglądałam strasznie i tak też się czułam. Sina, opuchnięta twarz, nieświeży oddech, wzdęcia. I coraz większa waga. W otyłości nie ma nic fajnego. I nie chodzi o kwestię gustu, bo kształty są fajne, ale o zdrowie. Otyła, wyglądająca starzej, niż teraz, dodatkowo dręczona byłam poczuciem niepokoju o swoje życie, miewałam stany depresyjne, kołatania serca, bywałam bardzo agresywna słownie i miałam w sobie sporo złości. Oczywiście, żeby nie było, nie trwało to cały czas. Mam po prostu dobre i fajne życie. Ale wtedy patrzyłam na nie trochę inaczej. Dziś wiem, że ten mój lęk wynikał przede wszystkim z faktu, że do żołądka wrzucałam syf. Byłam regularnie zatruwana od środka przez shit foody i gazowane gówno. Nie ma się co tu czarować - 90% Twojego samopoczucia i Twoich chorób wynika z tego, co jesz. Często obserwuję ludzi, którzy mnie otaczają. Słucham, jak mówią o tym, co im dolega, patrzę, co jedzą i wiem, że znam odpowiedź. Ale wiem też, że do drastycznych wniosków każdy musi dojrzeć sam. Najczęściej dzieje się to w sytuacji, gdy już jest na coś za późno. Gdy szpital, gdy kroplówka, gdy leki wjeżdżają na stół. Nic nie podpowiadam, jeśli ktoś mnie nie zapyta. Dlaczego? Bo sama borykałam się z tym problemem i wiem, jak duża agresja budziła się we mnie, gdy ktoś podrzucał mi dobre rady.

 

Zatem poroniłam. Tydzień później, szczęśliwym zbiegiem okoliczności, trafiłam do gabinetu medycyny wschodniej, prowadzonego przez mamę mojego kolegi z Wietnamu. Nigdy tego nie zapomnę. Starsza pani, nie znająca po polsku ani słowa, obejrzała mój język, oczy i dłonie i powiedziała coś, co - gdy już asystentka przetłumaczyła mi to na polski - przyprawiło mnie o ciarki. Pani poroniła, pani umarło dziecko, pani ma w sobie tyle trucizny, że dziecko nie mogłoby żyć. Zostałam poddana zabiegom, których streszczać tu nie będę, ale które w jakiś sposób nacisnęły, w połączeniu z diagnozą, odpowiedni guzik. Zadzwoniłam wtedy do mojej teściowej. Pamiętam, że wracałam z zabiegu, słońce pięknie tuliło moje ramiona, było mi lekko i potrzebowałam jakiegoś przewodnika. Dlaczego nie pomyślałam o ukochanym? Potrzebowałam kogoś z zewnątrz, kto nie kocha mnie bezwzględnie, ale kto spojrzy na mnie krytycznie, bez ceregieli, jednocześnie oferując mi wsparcie. Bardzo szybko podjęłam decyzję, że wchodzę w to, co proponuje mama Kamila. Co tydzień jeździłam do Siedlec (po pracy, pociągiem, popołudniami) na spotkania Klubu Zdrowego Życia Herbalife. Wysłuchiwałam wykładów na temat łączenia jedzenia na talerzu, na temat picia wody, na temat sportu, na temat zawartości jedzenia, jakie wkładam do ust. To był dla mnie bardzo ważny czas. Kupowałam koktajle Formuła 1, które jadłam na śniadanie, zapewniając sobie mnóstwo wartości odżywczych. Piłam aloes, piłam herbatkę ziołową. Całkowicie zrezygnowałam z kawy, bo nie potrzebowałam jej. Miałam w sobie dużo energii, moja skóra zaczęła się zmieniać. Co tydzień stawałam na wadze i nie wierzyłam, jak szybko się zmienia. To w Klubie Zdrowego Życia nauczyłam się pić wodę - dziś wypijam ponad 4 litry dziennie i nawet tego nie zauważam. To w Klubie nauczyłam się, jak łączyć ze sobą składniki, dostałam wiele przepisów na zdrowe posiłki. Było nas kilkanaście osób. Każdy zmagał się z tym samym, co ja - ospałością, otyłością, brzydotą wynikającą z zaniedbania. 12 spotkań, waga poleciała z 107 na 92 kilo i... zaszłam w ciążę. Dlatego moja ukochana teściowa śmieje się zawsze, że moja córka to dziecko Herbalife.

Urodziłam zdrowe, cudowne dziecko. W ciąży jednak przytyłam. Bardzo dużo. Idąc do porodu, ważyłam 126,5 kg. Wyglądałam, jak potwór. Wiedziałam jednak, że z opieką mojej teściowej i partnera, uda się wrócić po porodzie na ścieżkę mocy. Bo dodam, że moje uczestnictwo w Herbalife zmieniło także mojego ukochanego! Człowiek, który wypijał dziennie dwie butelki Zbyszka lub czerwonej Helleny, przestawił się na wodę. Najpierw gazowaną, a później na to, co najlepsze, czyli wodę bez bąbelków. Po ciężkim porodzie, zakończonym cesarką, bardzo szybko doszłam do siebie. W końcu stały nade mną dwa anioły - ukochany i jego mama. Piłam koktajl (jako mama karmiąca, nie mogłam pić aloesu oraz herbatki ziołowej). Miałam pokarm, rana po cesarce szybko się zagoiła. Już po miesiącu wróciłam do ćwiczeń. Zaczynałam z Sylwią Szostak, której DVD kupiłam z jakąś gazetą. Powolutku, stopniowo, w ślimaczym tempie, wykonywałam wszystkie ćwiczenia, gdy malutka córeczka spała obok. Było mi ciężko, bo jakiemu grubasowi nie jest? Dodatkowo cierpiałam na nietrzymanie moczu, więc musiałam ćwiczyć w wielkich podpaskach. Czasem bolała mnie rana po cesarce.

Nie poddawałam się, mając wielkie wsparcie w moim Kamilu, który przez okres ciąży roztył się razem ze mną i też miał z czym walczyć. Mniej więcej dwa miesiące po porodzie zaczęliśmy wykonywać trening Insanity amerykańskiego trenera, Shauna T. 63 dni intensywnych workoutów, które łączą w sobie cardio, elementy treningu siłowego, opartego na sile własnego ciała (co bardzo wzmacnia mięśnie), absów (czyli brzuszków) i stretchingu. Schudłam do wagi 90 kg. I… stanęło. Nie byłam w stanie zrobić nic. Mieliśmy w tym czasie grupę na Facebooku, którą roboczo Kamil nazwał „2 be Perfect”. Wrzucaliśmy fotki z treningów, nasz jadłospis. Wiem, że zmotywowaliśmy wtedy sporo ludzi do walki o zdrowie i lepsze ciało. I… zatrzymało się. Więc zaczęłam robić coś, co dobrze wychodzi każdemu grubasowi – zajadać to. Czekolada, na widok której najpierw robiło mi się niedobrze, stała się moim przyjacielem. Im gorzej było mi ze sobą, tym więcej jadłam. Zaczęłam znów tyć. Owszem, trzymałam się wielu nawyków! Picia wody, jedzenia warzyw, które są królowymi i królami naszej kuchni! Ale wieczorami, do serialu na Netflixie, na stół wjeżdżały chipsy, orzeszki, piwko pyszne. Nie mówię, że codziennie. Ale bywały takie dni dogadzania sobie. W tamtym czasie zostałam zasypana zleceniami. Mieliśmy ogrom klientów i coraz mniej czasu na treningi. A im bardziej byliśmy na siebie samych źli, tym więcej było tych polepszaczy nastroju wieczorami. Dodatkowo prowadzimy dosyć otwarty dom, znajomi wpadają cały czas, a to oznacza smakołyki – nie zawsze zdrowe. Gdybym wtedy znalazła balans… A ja założyłam, że skoro już jem, to trudno, będę gruba. Nie będę ćwiczyć. Na chwilę budziłam się z poczuciem, że oto zaczynam od nowa przygodę ze sportem. A potem ta idea umierała. Mi było przykro. Więc piłam wodę, jadłam warzywa, nie ćwiczyłam, a żal za brak treningu rekompensowałam sobie czekoladką.

Kto mnie zna, ten wie, jak często moja zmiana kończyła się powrotem do zgubnych nałogów. I ta huśtawka trwała, bujała się wesoło, dopóki nie obudziłam się pewnego dnia z myślą, że oto jest mój pierwszy dzień nowego życia, bo zaczynam post Dąbrowskiej. 42 dni na ograniczonym zestawie warzyw. Pierwszy tydzień był fatalny. Gdyby nie przyjaciele na wykładzie, uciekłabym z uczelni po bułkę do Żabki (a co ciekawe, ja nie lubię białego pieczywa). Płakałam. Odezwały się wszystkie lęki, wszystkie bóle fizyczne i psychiczne. Najgorsze było poczucie wykluczenia – czułam, że nie jedząc tego, co inni, będę przez nich odepchnięta. Że przestaną mnie lubić. I w ten oto sposób odkryłam mój największy koszmar: potrzebę akceptacji za wszelką cenę, za którą idzie nieumiejętność odmawiania. I zmierzyłam się z nim. Mało tego, tę walkę wygrałam. Ale! Zapomniałam o jednym! W lipcu przestałam jeść mięso, po prostu mój organizm sam je odrzucił. Może dlatego na poście było mi trochę łatwiej. Zrzuciłam w ciągu tych 42 dni ponad 17 kg. Kolejne kilogramy spadały same, jakby mój organizm sam poczuł tę moc. Zaczęłam na nowo trening Insanity, który robię razem z Kamilem prawie każdego dnia. Owszem, pozwalam sobie czasem na coś słodkiego. Przywykłam do tego, że moje ciało domaga się innego jedzenia przed okresem. Ale nie jem dlatego, że inni jedzą. Umiem sobie odmawiać. I po raz pierwszy w życiu autentycznie czuję się wolna, nie mam wyrzutów sumienia, które tę moją wagę trzymały w miejscu. Nie ważę się obsesyjnie. Uwolniłam się od wielu negatywnych przekonań. Ćwiczę, wizualizuję moją czerwoną mini, w jaką ubiorę się na wesele Oli w maju. Widzę te wymarzone 65 na wadze. I jakoś to idzie. Ok, dziś mam dzień trudny, bo nadchodzą „te” dni. I akceptuję to, że mój brzuch jest, jak balon. Nie myślę o sobie negatywnie, czuję się piękna.

Jak widzicie, droga do wolności, do szczupłego, zdrowego ciała, jest cholernie ciężka i wyboista. To nie jest zmiana, która nastanie ot, tak. Żadne szkolenie, film, książka i wywiad ze specjalistą, który nigdy nie był gruby, nie dadzą efektu na długo. Zmierz się z najgorszym. Tak uważam. Będziesz płakać, czuć lęk, żal i autentyczny ból, będziesz czuć się opuszczony i wykluczony. Ale te wszystkie strachy przejdą. Skumulują się w Tobie, a jeśli zaciśniesz zęby i pozwolisz im na to, by się z Ciebie „wyrzygały”, oczyścisz się od środka i poczujesz prawdziwą wolność. Być może brzmię, jak potłuczona, być może mi nie wierzysz. Prawdopodobnie ja sama bym sobie nie uwierzyła, gdybym tego nie przeszła. Całokształt mojej zmiany to przede wszystkim droga do akceptacji siebie, wybaczenia sobie tego, jak zaniedbywałam siebie przez lata, przytulenie siebie i ciężka praca. Bo – nie oszukujmy się – treningi, przygotowywanie posiłków, to praca. Jest to jednak praca do zrealizowania. Ja daję radę, z dzieckiem u boku, goniącymi zleceniami, szkoleniami i uczelnią, to Ty nie dasz rady? Złote myśli na koniec…

1.     Zacznij od wody.

2.     Wyrzuć cukier.

3.     Wprowadź zasadę – warzywo do każdego posiłku.

4.     Chcesz słodkiego? Jedz jabłka. Do 14.00 najlepiej, żeby cukier zdążył sobie „pójść”.

5.     Wprowadź balans – zjesz coś niezdrowego, zrób trening.

6.     Ćwicz małymi krokami – rozpędzisz się, gdy Twoje mięśnie przestaną krzyczeć. Polecam Sylwię Szostak. Chodakowska też daje radę.

7.     Wizualizuj.

8.     Zapisuj dobre myśli o sobie.

9.     Notuj ilość wypitej wody.

10.  Notuj ilość spożytych warzyw.

11.  Przeczytaj książki Dąbrowskiej.

12.  Ogranicz mięso, a może i całkowicie je wyrzuć, jeśli dasz radę.

13.  Bądź dla siebie dobry.

A jeśli mój tekst w jakiś sposób przypadł Ci do serca, zostaw swój komentarz lub podeślij link bliskiej osobie. Pozdrawiam.





© COACHA ZAPISKI, CZYLI WARSZTATY Z CODZIENNOŚCI
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci