Blog > Komentarze do wpisu

NOWOROCZNY BULLSHIT

Jakoś tak się stało, że - podobnie, jak moje siostry (czyżby geny po dziadku Edwardzie?), nie mam najmniejszego problemu z organizacją swojego czasu. Ludzie zwykli zadawać mi standardowe pytanie: Jak, u licha, udaje Ci się to wszystko? Oczywiście, wolałabym, żeby pytali mnie o to, co robię, że jestem taka piękna, ale cóż, nie zawsze mamy, co chcemy. Więc zwykle pytają mnie: a) Jak ja to wszystko robię?, b) Jakim cudem udaje mi się nie zwariować?, c) Jak udaje mi się nie osiwieć? A tymczasem prawda jest bardzo prosta i nie będzie tu żadnych fajerwerków. Jeśli więc szukasz w tym tekście odpowiedzi na to, jak zrobić tak, żeby zrobić cokolwiek z tych Twoich wspaniałych przyrzeczeń noworocznych, odpuść i kup sobie babskie pisemko, gdzie znajdziesz milion porad, dotyczących planowania noworocznego.

Powiem wprost: nie wierzę w noworoczne postanowienia. Nie wierzę w te wszystkie "od stycznia to zacznę...". Owszem, nie zabijam ludziom marzeń i mrzonek, bo to nie moja sprawa wcale. Ale nie wierzę. Kiwam taktownie głową, jeśli kogoś bardzo lubię, to czasem pociągnę za język pytaniem: "Dlaczego nie od teraz?". Ale nie wtrącam się. Zauważyłam, że ludzie w okolicach nowego roku stają się tygrysami motywacji, więc zadzierać z takim to po prostu głupota. Oczywiście, szalony Chuck Norris, jakim jest styczeń, za 12 miesięcy przerodzi się w siostry Godlewskie, a zatem paskudny i bez żadnej jakości grudzień 2018. W styczniu jeszcze powera mieć będziesz. W lutym trochę mniej, potem przyjdzie przesilenie, wiosna, sesje, urlopy, grille, a po majóweczce to się za siebie weźmiesz, może nawet coś przeczytasz, a potem nadejdzie jesienna deprecha, zima i zaraz przyjdzie rok 2019. I dupa. Znowu nic. Ale za to jakie plany! Dwa razy więcej książek, trzy razy więcej sportu i osiem razy więcej seksu. No i fajnie, że w to wierzysz. Ale nie ja nie muszę. 

Wierzę w to, że zmiana nie ma dat. Że zmiana życia to proces. I wierzę w to, że te wszystkie odkładane na nowy rok sprawy świadczą tylko o naszym lenistwie. Wiem, co mówię, bo żyłam tak wiele lat. I przepieprzyłam miliony minut na pierdoły. Od iluś lat, może pięciu, może czterech, cholera wie, wykorzystuję swój czas na maksa, nie oglądając dat w kalendarzu. Czy to piątek, czy śrątek, czy roku początek - mam to gdzieś. Nie czekam, robię. W 2017 roku schudłam ponad 20 kilo. Przeczytałam 60 powieści i pewnie drugie tyle książek branżowych. Napisałam jakieś 250 stron tekstów. Rozwaliłam sesję na jedną z najwyższych średnich na roku, łapiąc się na dobre stypendium. Otworzyłam szkołę, poprowadziłam sporo fajnych szkoleń, udzieliłam dwóch wywiadów, w tym do "Wysokich Obcasów", a to dla mnie mega wyróżnienie. Wiesz, dlaczego mi się to udało? Bo nie siedziałam na dupie, odkładając swoje życie na wieczne potem. Jak bardzo trzeba swojego życia nie lubić, żeby zakładać, że zaczniesz coś zmieniać na lepsze dopiero za jakiś czas?! Chcesz schudnąć? To zakładaj dres i zasuwaj na tę siłkę, do której karnet masz już wykupiony od dwóch lat! Chcesz poprawić angielski? To wyłącz pieprzonego Fejsa i atakuj Netfilxa w oryginale! Chcesz przeczytać kilkadziesiąt powieści w najbliższych dwunastu miesiącach? To może po prostu weź wreszcie książkę do ręki? Nie rozumiem, naprawdę nie rozumiem narzekania ludzi na to, że ich życie jest do bani, bo są grubi, nieszczęśliwi, mają kiepską pracę, męża i mieszkanie. Bo narzekają zazwyczaj ci, którzy wciąż coś odkładają na potem. Owszem, każdy z nas ma swoje doły. Rok 2017 dał mi po uszach tak mocno, jak chyba żaden wcześniej. Otrzymałam mnóstwo pomocy od przyjaciół i przekonałam się o tym, kto przyjacielem być przestał, gdy tylko uznał, że towarzystwo dzieciatych bidoków nie jest atrakcyjne dla byznesmenowego światka. Płakałam mnóstwo razy i pewnie mnóstwo razy byłam bliska zawału. Ale ani razu nie przyszło mi do głowy rzucić wszystko, co robię (no, dobra, parę razy chciałam zamknąć firmę i rzucić krzesłem w paru klientów) i poczekać na tzw. lepszy czas. Gdy poczułam, że mój poziom stresu zaczyna być groźny, a nadwaga sprawia, że zaczynam siebie nienawidzić, z dnia na dzień przeszłam na post Dąbrowskiej. Bez opierdalania - od razu na 42 dni. Nie czekałam na lepszy czas. Wstałam rano i postanowiłam, że zjem marchewkę. Gdy poczułam, że sesja nadchodzi, otworzyłam książki i zaczęłam zakuwać. Wyłączyłam Facebooka, powiadomienia z e-maila i już. Jak zaplanowałam powrót do biegania? Nie planowałam! Gdy tylko moja waga zeszła poniżej 90 kilogramów, wstałam po szóstej, włożyłam adidasy, kamilową bluzę i poszłam biegać. Czytam wszędzie - w autobusie, w tramwaju, w kolejce do kasy w markecie. Czytam, gdy gotuję, albo kiedy wykład na uczelni jest nudny. Nie szukam powodów do tego, by czegoś nie robić! Nie rozważam milion razy, dlaczego warto coś robić. Zrywam tyłek i działam. Bez marudzenia, po żołniersku. Dlatego noworoczne przyrzeczenia to dla mnie bullshit. Albo coś zmieniasz od już, albo nie zmienisz tego nigdy. 

I jeszcze na koniec jedno. Samo planowanie. Piękne notesy, bullet żurnale, rysowane i ozdabiane godzinami. Jestem w kilku grupach i śledzę te cuda. Widzę piękne ozdobniki, rysunki, tasiemki, kolorki i jednorożce. I zastanawiam się, jak - do kuźwy nędzy - cokolwiek człowiek ma zrobić, jeśli przez sześć godzin koloruje sobie plan na oglądanie seriali w styczniu i wypisuje zawartość szuflad do uporządkowania? Odpuście takie pierdoły. Bo one nie są przydatne dla ludzi, którzy robią coś naprawdę ważnego. Na pierdółki słodkie, infantylne często, głupawe, rozkoszne (użyj, jakiego chcesz przymiotnika) te wszystkie żurnale będą super. Dla osób, które nic ciekawego w życiu nie robią - będą super. Dla osób, które nie szukają działania, a zawężają się w strefie planowania - będą super. Więc teraz tak: jeśli chcesz coś zmienić w swoim życiu, weź se kup najzwyklejszy kalendarz do zapisu najważniejszych spotkań, weź se kup mały kajet do notowania ważnych mniej i bardziej spraw (u mnie to na przykład logistyczny rozkład nauki do sesji) i nie wydziwiaj. Zacznij działać już. Bo Twoje życie jest TERAZ. Ach, powiesz mi, że łatwo się mówi, że Tobie jest trudno zacząć, bo jak już zaczniesz, to pójdzie. Człowieku, Ty myślisz, że mi nie jest trudno zacząć? Założyć te cholerne adidasy, gdy na dworze pizga złem? A wiesz, dlaczego mi się udaje? Bo się nie zastanawiam nad tym, czy mi trudno, jak mi trudno i olaboga. Zakładam buty, wyłączam myślenie i idę biegać. Wchodzę w post, wyłączam myślenie i żrę tę marchewkę, nie szukając wymówek, by przestać. Zmiany są dla silnych. Wierzę w to, że każdy z nas ma tej siły tyle samo (dobra, Pudzian ma więcej). I że nie ma ludzi bardziej i mniej stworzonych do osiągania swoich celów. Po prostu jeden - jak ja - wyłącza z samego rana ten jazgotliwy głos narzekacza. Nawet, gdy ten głos tam w tle jest, nie słucha go. A drugi siądzie przy Facebooku, ponarzeka, poczyta coś gdzieś o planowaniu na rok 2018, poogląda legginsy na stronie Decathlonu, zamówi sobie książkę o zdrowym odżywianiu, pogada z koleżanką, co też chce iść na siłownię od stycznia, potem se pomarzy przed snem i tyle. Chcesz więc coś naprawdę zmienić? Rusz tyłek. Nie za trzy dni. Dziś. I przestań użalać się nad tym, że jakiś głos każe Ci nic nie robić. Każdemu z nas każe, nie bądź mazgajem. 


piątek, 29 grudnia 2017, dobrycoach
http://wcr.edu.pl/

Polecane wpisy