Blog > Komentarze do wpisu

"FOUCAULT W WARSZAWIE" REMIGIUSZA RYZIŃSKIEGO, RECENZJA

Michel Foucault - człowiek, którego "Historię szaleństwa" czytałam, będąc studentką filologii polskiej. Nie znosiłam tego tekstu, bo był niewygodny, uwierał, przyduszał, dla młodego człowieka, samotnego w wielkim i obcym mieście to zdecydowanie za dużo. Siedząc w BUW-ie nie miałam dostępu do bogatej grafiki w Google'u, którą przeglądałam kilkanaście lat później - dzisiaj, po tym, jak zamknęłam książkę napisaną przez mojego profesora, Remigiusza Ryzińskiego. Foucault - uśmiechnięty, łysy mężczyzna o dobrym spojrzeniu. Człowiek, któremu mogłabym zaufać, myślę, patrząc na zdjęcie Francuza, który tak bardzo naraził się polskiej władzy komunistycznej. Zaczynam przeglądać bogatą biblioteczkę, chcę jeszcze raz sięgnąć po esej, którego kiedyś tak bardzo nienawidziłam. Nie mam. Może jest e-book? Siedzę i szukam. Oj, Profesorze Ryziński, narobił mi Pan Profesor emocji w serduchu swoją książką.

 "Foucault w Warszawie" to książka niepozorna. Zaledwie 203 strony tekstu i pięć wersów. Byłam jej ciekawa ze względu na autora. I tu mogę, jako studentka, która już z historii myśli psychologicznej ma piątkę, polecieć wazeliną - tak, chciałam tę książkę przeczytać, bo napisał ją człowiek, który stoi blisko studenta i który tak bardzo rozumie człowieczeństwo ze wszystkimi jego wykrzywieniami, że chce się go słuchać, przybić mu piątkę albo zapalić z nim papierosa. Byłam też ciekawa, ponieważ poprzednie książki profesora czytało mi się koszmarnie. - Czytasz "Wariatki"? - pytaliśmy się na korytarzu uczelni. Smętne "Nooo" było bardzo wymowną recenzją. O Foucaulcie, że był gejem, że mieszkał w Warszawie, powiedział mi kiedyś jeden student filologii polskiej, chłopak starszy ode mnie, z którym spotykałam się chyba na pierwszym roku. Zobaczył u mnie "Historię szaleństwa" na półce i podzielił się informacją. Wzruszyłam ramionami, bo ani prawa gejów, ani ich historia mnie nie interesowały, tylko ten wymuskany chłopiec z inteligenckiej warszawskiej rodziny, który czasem gadał nudne rzeczy o znanych osobach. Więc te wszystkie rzeczy jakoś się tak złożyły w całość i stwierdziłam, że muszę tę książkę przeczytać. I respekt dla profesora i wspomnienia studenckie i ten chłopiec, którego imienia już nawet nie pamiętam. 

I dostałam do recenzji książkę, której objętość dla bibliofila z góry nadaje jej etykietę "Na jeden łyk". I której zawartość do przełknięcia bywa trudna. Dlaczego? Tematyka homoseksualizmu jest z jednej strony najbardziej rozbebeszona ze wszystkim możliwych (choć nie mam tu żadnych badań na potwierdzenie) i z drugiej strony cały czas tak mało na temat homoseksualizmu wiedzą ludzie, którzy najczęściej o nim mówią. Od kiedy studiuję psychologię, najczęściej mi zadawane pytania to: 1. Co myślisz na temat gejów? 2. To co neuronauka mówi na temat pedałów? 3. Skąd biorą się geje? 4. Czy gej to skrzywienie w mózgu, czy mentalność? Serio. Nie żartuję. Powinnam sobie kupić koszulkę z napisem "Nie myślę o gejach. Ja po prostu studiuję psychologię". Co ciekawe, ludzie, którzy zadają takie pytanie, najczęściej w dalszej kolejności mówią: "Bo ja myślę, że...". I czekają, aż potwierdzę, bo może jakiś Kalat, Zimbardo, czy Jaśkowski jednak coś o tych gejach napisali w tych swoich naukowych podręcznikach dla studentów. Straszne to. I dlatego takie książki, jak "Foucault w Warszawie" są nam wszystkim potrzebne.

Homoseksualizm to dla mnie taki sam aspekt rzeczywistości, jak heteroseksualizm. Nie interesuje mnie kto z kim i jak lubi. I uważam, że rozmowy na temat czyjejś orientacji, albo dywagacje o niej są tak samo niegrzeczne, jak rozmowy o zarobkach lub o czyjejś wadze. Mam w nosie to, z kim sypiają moi koledzy i moje koleżanki. I tak, uważam, że jeśli człowiek chce zalegalizować swój związek, to ma do tego prawo. I choć wydawać by się mogło takie myślenie czymś oczywistym w XXI wieku, Polska rządzi się, podobnie jak inne kraje poradzieckie, swoimi prawami. Gdzieś tam, w świecie dalekim, nikt nie zwraca uwagi na to, kto i z kim i jak. A u nas rodzice w szkole pewnej piszą skargę do dyrekcji na to, że nauczyciel matematyki jest chyba gejem, więc deprawuje młodzież, bo nosi rurki, składa dziwnie dłoń, gdy mówi i zaciąga, jak kobieta (autentyk od koleżanki polonistki, ale więcej nie zdradzę, bo na tyle mi pozwoliła). Polska to jest trudny kraj do życia. Mamy czysto, mamy świetną komunikację i wiele piękna dookoła. Ale mamy też taki mentalny mur, którego ofiarami padają wszyscy inni, niż my. W tym geje. I dlatego takie książki są potrzebne. Bo "Foucault w Warszawie" pokazuje wiele nieprzyjemnych i niewygodnych rzeczy. Przede wszystkim, hello, homoseksualizm to nie jest moda z Zachodu. Chcecie, czy nie, homoseksualiści byli w kraju nad Wisłą już dawno przed wojną. I w dodatku świetnie sobie radzili w tej trudnej rzeczywistości, a przynajmniej starali się o to, by było im dobrze. Po drugie - władza, która szpieguje, inwigiluje obywatela, wchodzi mu w butach do sypialni, to władza, za którą nie powinniśmy dziś tęsknić, wybierając ją ponownie w wieku XXI, jak to zrobiliśmy. Po trzecie - każda forma prześladowania drugiego człowieka jest złem. Po czwarte - homoseksualiści mają równie trudną historię za sobą, jak Afroamerykanie, czy Żydzi i podłe jest lekceważenie tego. Oj, niewygodną książkę Pan Profesor napisał :)

Pierwszą wartością tej niewielkiej rozmiarowo książki jest już sam jej temat. Drugą zaś, tą, która mnie oczarowała, nakarmiła moje zboczone na punkcie książek serce, jest jej forma. Przez "Foucault w Warszawie" się płynie. Ta książka jest tak starannie przygotowana, jak "Epitaph" King Crimson. Miałam wrażenie, że nie ma w niej rzeczy przypadkowych. Preludium i pytanie, co ten Ryziński wpisał w wyszukiwarkę podczas wizyty w IPN (odpowiedź na końcu książki, nie spoileruję)? Plastyczny opis kultury gejowskiej w powojennej Polsce. Rarytasy, związane z Warszawą, której już prawie nie ma, albo która wygląda inaczej - smaczki, które zaspokoją gust każdego miłośnika stolicy. Bary, kluby, kawiarnie, barwne postaci miasta, życie nocne - czytało mi się to ze smakiem, jak ukochanego Tyrmanda, którego z resztą autor cytuje. I tyle seksu i namiętności cudnej! A wszystko podane w reportażowej formie, z żywymi świadkami tamtych czasów, którzy przy herbacie dzielą się opowieściami o tym, jak życie geja wyglądało w powojennej Polsce. Wspaniali bohaterowie, bo tak przedstawieni, że chciałoby się z nimi usiąść, posłuchać. Aż zazdrość gdzieś bierze od środka, że autor mógł siedzieć, przeglądać zdjęcia, notować te opowieści, analizować, dzielić fakty na kategorie i odzielać fakty od legend miejskich. Wspaniale, żywo poprowadzona opowieść o życiu. Barwna, niejednoznaczna. Chłonęłam każde słowo.

I wreszcie on. Tytułowy bohater. Człowiek, który w Polsce był. Człowiek, którego się pamięta. Z którym się pijało, sypiało, bawiło. A jednak człowiek, którego pamięć z polskiej historii została zamazana grubym i tłustym paluchem władzy. Czym tak bardzo naraził się komunistycznej władzy polskiej, że został z Polski usunięty nagle i po cichu? Dlaczego wokół Foucaulta i jego polskiego życia tak wiele jest tajemnicy? Co takiego się stało? Profesor Ryziński prowadzi śledztwo, które zaskakuje czytelnika. Jest w tym wszystkim napięcie godne kryminału. Ostatnie strony czytałam dziś w tramwaju, prawie przegapiając swój przystanek docelowy. Kto zdradził i dlaczego? Zamknęłam tę książkę i zrobiło mi się z jednej strony tak bardzo żal wszystkich ofiar systemu, jaki nad Polską kilkadziesiąt lat wisiał, a z drugiej strony tak bardzo nakarmiona czułam się wiedzą na temat kultury powojennej Warszawy, że po prostu w skupieniu siedziałam na przystanku i gapiłam się w okładkę. Kac książkowy. Tak to się nazywa.

Ta książka jest jednocześnie trudna, bo budzi złość, wstręt do władzy i do każdego, kto włazi w buciorach do czyjegoś życia prywatnego. Z drugiej zaś strony jest w niej silne umiłowanie życia, chwili, sztuki, miłości, młodości, radości, lata, zapachu książek, kawy, wódki, dymu papierosowego, muzyki, czyli wszystkiego, co nasze, ludzkie. I dlatego tak mocno "Foucault w Warszawie" łapie za serce. Tak sobie myślę, że pokazuje nam po prostu autor, chcący, czy nie, że wszyscy jesteśmy tacy sami, mamy te same dążenia, sprawy, lęki, bolączki i radości. Tylko, że jednym z nas można, a innych - cóż - powinno się za to karać.

Obowiązkowa lektura dla każdego.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję ukochanej księgarni Tania Książka.

A więcej nowości znajdziecie na stronie księgarni!


wtorek, 11 lipca 2017, dobrycoach
http://wcr.edu.pl/

Polecane wpisy

  • MARGARET ATWOOD "OPOWIEŚĆ PODRĘCZNEJ" - RECENZJA

    Nie czytałam nigdy dotąd żadnej powieści pani Atwood, choć wiele moich koleżanek oraz moja siostra, które mieszkają poza Polską, znają ją od lat. Tak naprawdę,

  • JAROSŁAW RYBSKI - "WARKOT" - RECENZJA

    Mniej więcej po dwudziestu stronach tej książki wpisała w Google frazę "Andrzej Pilipiuk pisze pod pseudonimem". W połowie zaczęłam lustrować autora, czy rzeczy

  • JOE HILL "STRAŻAK" - RECENZJA

    Jak większość z Was, Drodzy Czytelnicy, wie, mam bzika na punkcie Stephena Kinga. Chyba więc oczywiste jest, że fiksacja ta zaczęła obejmować także jego synów,