Blog > Komentarze do wpisu

MY, POKOLENIE LAT...

Znacie te teksty, które nieustannie pojawiają się w Internecie? "My, pokolenie lat 70, 80, 90..."? Gloryfikuje się w nich strasznie nasze dzieciństwo. Bieganie z kluczem na szyi, jedzenie chleba maczanego w cukrze i oglądanie jednej dobranocki o 19.00, bo nie każdy miał satelitę i mógł oglądać Cartoon Network, albo chociaż anime na Polonii 1.

Ogromnie mnie te teksty drażnią. I nie tylko mnie. Cieszę się, że mam możliwość wychowywać dziecko w innych czasach. Z tego, co obserwuję, pokolenie dzisiejszych 30 i 40 latków, to ludzie borykający się z wieloma problemami. Alkoholizm, pracoholizm, nerwice, zaburzenia obsesyjno - kompulsywne, brak poczucia własnej wartości, depresja. Wymieniam tylko niektóre. Przypuszczam, że to efekt właśnie tych - rzekomo cudownych lat, które tak się teraz w Sieci wychwala.

Urodziłam się w 1983 roku. Do pierwszej klasy szkoły podstawowej poszłam w roku 1990. W granatowym fartuszku, obrzydliwym i wykonanym ze sztucznego materiału. Mama robiła mi bułki z szynką, która była droga. A ja te bułki wyrzucałam do kosza na śmieci, bo wstydziłam się jeść w szkole, albo ze stresu nie byłam głodna. Nikt nie rozmawiał ze mną o tym, że czuję lęk przed szkołą i innymi dziećmi. W mojej szkole nie było uczniów czarnych i niepełnosprawnych - czyli innych, niż ja. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam tzw. "Murzyna" w Warszawie na wycieczce w Muzeum Techniki, prawie się zsiusiałam ze strachu. Bałam się, że coś mi zrobi. Nie rozmawiałam o tym z nikim, ani nikt nie poruszał takich tematów z nami, dziećmi. Pamiętam dobrze, że świat dzielił się na dorosłych i na dzieci. Nie mieliśmy żadnych praw, ani prawa do głosu. Dzieci i ryby głosu nie mają. Co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie. Pamiętacie te przysłowia ludowej mądrości? Ja tak.

Na osiedlu, gdzie mieszkałam, większość sąsiadów z bloku wracała po pracy nawalona. My, dzieci, biegaliśmy często za sąsiadami, przedrzeźniając ich i ciesząc się, gdy się przewrócili. A potem śmieliśmy się z ich dzieci, wytykając je palcami w szkole. Nikt nam nie mówił, że tak nie wolno, a nas nie obchodziło coś takiego, jak uczucia. Ważne było, żeby lekcje odrobić i z psem wyjść. Rodzice nie rozmawiali z nami o tym, co czujemy. Mało który rodzic przytulał. Koleżanka z bloku dostawała regularne pasy, bo ojciec musiał się wyżyć, wracając pijany. Przebierając się na lekcji WF, widzieliśmy, kto miał pręgi i siniaki, a kto nie. Część z nas ukrywała ślady, część przyznawała się z dumą do tego, że dostała manto i wytrzymała bez łez. Tu prym wiedli chłopcy. - A ja wczoraj dostałem szesnaście pasów. I wcale, kurwa, nie płakałem - mówił ktoś, pokazując z dumą siniaki. 

Nie było czegoś takiego, jak psycholog w szkole. Nie, wróć. Psycholog w szkole był. Kiedy zmarła moja mama, a moja wychowawczyni wraz z moją babką rozpętały krucjatę przeciwko mojemu ojcu, aby odebrać mu prawa rodzicielskie (bo przecież facet sobie z piątką nie poradzi), zaczęłam sprawiać problemy wychowawcze. Wysłano mnie do psychologa w szkole. Pani zadała mi pytanie: Dlaczego jesteś taka niedobra? Czy chcesz, żeby babcia umarła, jak mama? Tak działała psychologia.

Dzieci nikt nie diagnozował. Nikt im nie pomagał. Chłopiec, którego tata trafił do więzienia, a potem się powiesił, wybijał szyby w szkole. Był uważany za jednego z najgorszych uczniów w szkole i patologię. Prawdopodobnie dlatego, że nikt mu nie okazał wsparcia w dzieciństwie, sam skończył, jako zbir.

Alkohol królował wszędzie. W niedzielę po mszy, do sąsiadów zjeżdżały się rodziny ze wsi. I rozpoczynało się regularne party. Koleżanki i koledzy taszczyli torby z butelkami na wymianę albo szli kupić wódkę i papierosy. Warto zawsze było się przejść z taką osobą do sklepu, bo za resztę dziecko mogło kupić sobie loda lub lizaka i zazwyczaj kupowało też kompanowi. Dorośli palili w domach, przy dzieciach. Gdy czasem wchodziło się do kogoś, kogo starsi palili, miało się wrażenie wkroczenia w wielką popielnicę. Mnie ta wątpliwa przyjemność ominęła, bo mama miała fobię na punkcie dymu papierosowego. Na szczęście. Nie zmienia to faktu, że mnie lała. Wszystkim i za wszystko. Wiele razy darłam gębę na cały blok. Nigdy nikt nie zadzwonił na Policję, nigdy nikt nie przyszedł. Z resztą, po wywiadówkach to całe osiedle wyło, płakało, a pasy odbijały się rytmicznie od kilkuset tyłków - klask, klask, klask. Niektórzy mówili na pas "dyscyplina". Raz jeden sąsiad pobił swoją córkę, moją koleżankę z klasy, przy mnie, po tym, jak wydało się, że ja z polskiego dostałam pięć, a ona dwa. Mówił do niej - Wstydź się i bierz przykład z lepszych. 

Gdy w domach była impreza pokościelna, dzieci miały obowiązek zrobić wypad na dwór, albo siedzieć w osobnym pokoju. Dzieci nie siedziały z dorosłymi, to było niekulturalne. Rodzice lub dziadkowie wołali tylko po to, by zadeklamować wierszyk lub zaśpiewać piosenkę, albo pokazać Dzienniczek Ucznia. Gdy oceny były dobre, można było dostać od pijanego wujka parę groszy na oranżadę. 

Nasi rodzice nie wiedzieli, jak nas wychowywać. Nie mieli Internetu, nie mieli książek. Z perspektywy matki sama patrzę na swoją mamę dziś inaczej. Urodziła pięcioro dzieciaków. Niewiele pamiętam, ale dużo płakała, leżała na kanapie cały dzień, albo mnie biła. Dlaczego? Bo w tamtym czasach nie było terminu "depresja poporodowa". Do mojego domu przychodziły dwie babcie i na zmianę mówiły mamie, że jest złą matką i że ma się wziąć w garść. Myślę, że takich kobiet było na osiedlu więcej. Wiedza na temat ciąży, na temat wychowywania dzieci była zerowa. Tak, wiem, że nasi rodzice chcieli dla nas jak najlepiej i wiem, że my dziś też popełniamy w huk błędów, które nasze dzieci nam wypomną. Ale jesteśmy świadomi. Rozmawiamy z dziećmi, nie straszymy ich, nie karcimy, nie bijemy, uczymy tolerancji, miłości, dzielenia się i wielu innych rzeczy. Uważnie dzieci obserwujemy. Gdy trzeba, idziemy do psychologa. Nie palimy przy dzieciach papierosów, nie każemy im kupować nam wódki. Inwestujemy w nasze dzieci uczucia, chęć rozmowy i chęć pomocy. Nie przeganiamy ich, nie dyscyplinujemy. Ostatnio ktoś powiedział w luźnej rozmowie, że gdy był mały, dostawał regularnie pasy i dzięki temu jest dobrym człowiekiem. Bycie dobrym człowiekiem nie wyklucza bycia skrzywdzonym, wytresowanym człowiekiem.

Nasi rodzice nie byli złymi ludźmi. Nie mieli żadnych wzorców, żadnego wsparcia. To nie wynikało ze złej woli, tylko z niewiedzy. Nie chcę pisać, że w każdym domu tak było. I nie przekreślam naszych rodziców, serio. Mieli dobre chęci, w to wierzę, ale zabrakło narzędzi, wiedzy i wsparcia. 

Cieszę się, że moje dziecko żyje w lepszych czasach. Że rozmawiam z nim o uczuciach, że wychowuję po partnersku, a nie tresuję zgodnie z kodeksem skórzanej dyscypliny. Cieszę się, że kiedy mam problem, mogę znaleźć rozwiązanie w kilka minut lub pogadać otwarcie z koleżanką - mamą. Cieszę się, że dla mojego dziecka rarytasem nie jest oranżada w proszku, tylko mango lub orzechy brazylijskie i że mam je w sklepie pod nosem. Nie czuję sentymentu do tamtych czasów. Dziękuję za to, że się skończyły, zanim ja zostałam mamą.


czwartek, 22 czerwca 2017, dobrycoach
http://wcr.edu.pl/

Polecane wpisy

Komentarze
Gość: Gola, *.dynamic.gprs.plus.pl
2017/06/29 21:40:27
Ja tam uważam, że autorka dorastała w patologicznej rodzinie i na patologicznym osiedlu.
-
2017/07/11 21:45:11
Brawo, Kochanie za bystrość :) Autorka też tak uważa :) Jeśli wymyślisz coś mądrego, czego w tekście nie ma, a co ważne i warte ruchów palcami na klawiaturze, zapraszam Cię częściej :*